Z doświadczenia wiem, że praca informatyka (czy innej biurwy) może być lekka i bezstresowa, ale również potrafi zniszczyć nerwowo niejednego twardziela.
Są etaty w naszej megakorporacji, gdzie specjalista od 5 lat palcem nie kiwnął, bo wszystko mu "samo" chodzi, ale potrafił stworzyć niesamowicie przekonywującą mistyfikację pod tytułem "ledwo nadążam z robotą, ale w nastepnym miesiącu to już na pewno skoczę z wami na to piwko, dziś jednak, sami rozumiecie, nadgodzinki...".
Po drugiej stronie są osoby, którym najmniejszy problem od razu zwala się na psychikę jak czołg, który w środku nocy wjechał do sypialni kiedy właśnie zabawialiśmy się z... no, nieważne. W każdym razie biegają tacy spanikowani, odbijają się od przeszkód jak piłeczka we fliperze - nabierając coraz większego pędu, aż w końcu ktoś za nich odwala robotę co powoduje u nich atak szczęścia, łez i pomieszania zmysłów naraz.
Są też tacy, którzy cichutko, dzień po dniu kumulują stres i w każdej chwili mogą eksplodować, np. kupić sobie shotguna albo różowe skarpetki w trupie czachy.
Dążę do tego, że każdy informatyk, ba, człowiek każdy, ma jakiś tam swój próg stresu po którym reaguje w jakiś tam, sobie tylko właściwy, sposób.
Na ten przykład siedzę ja sobie w kibelku, czytam spokojnie RSSy na moim aj(waj)Fonie i słyszę jak do toalety wpada z impetem kolega, trzaska drzwiami i zdyszany wrzeszczy (ale tak, żeby nie było za głośno):
"Noż kurwa! Kurwa jebany w dupę ruchany chuj pierdolony! Japierdolę kurrrrwa! Kurwa!"
Po czym daje się słyszeć spokojne kroki i delikatne zamknięcie drzwi. Dla pewności posiedziałem jeszcze 15 minut i wymknąłem się z kibla, przez nikogo (mam nadzieję) niezauważony.
Kolega ma kilka lat więcej ode mnie - co daje mi do myślenia "Czy na pewno chcę przepracować tu nastepne 10 lat??!"
19 lipca 2010
12 lipca 2010
biurwy to nudziarze
Obserwacja taka przytrafiła mi się już na początku mojej kariery informatycznej. Otóż siedząc w pokoju z 7 osobami, z których każda była informatykiem, gapiłem się jak i wszyscy inni w swój ekran. Każdy z nas miał internet, napój, z głośnika płynęła uspokajająca muzyczka. 8 etatów, które dedykowane były do obsługi 10 użytkowników końcowych - tak w złotych czasach wyglądała "informatyka" w dużej firmie.
No ale to se ne wrati, a i nie o etatyzację w tym poście chodzi.
Siedzimy sobie zatem, klikamy, popijamy co kto ma, podjadamy bułki z serem... sielanka.
Nagle wysiada zakładowy radiowęzeł. W pokoju zapada krępująca cisza... stukot klawiszy, klikot myszek, łupanie w krzyżu i mieszanie herbaty - nagle te dźwięki stają się denerwującym hałasem, każdy zatem stara się klikać, stukać i łupać jak najmniej.
Po 5 minutach - kolejny etap - wysiada internet. No tak, jeśli umieszczony w biurowcu 300m od nas radiowęzeł poległ z braku prądu, to pewnie UPSy podtrzymujące węzeł sieciowy też poszły fpizdu. Na szczęście siedzimy w budynku na terenie zakładu, z odrębnym zasilaniem.
Najmłodsi stażem pracownicy jeszcze głębiej zatapiają się w ekrany, tak aby wyglądać na zapracowanych po trzykroć. Kierownik zaraz wypełznie z pokoju i zapyta "Kto idzie sprawdzić czy w serwerowni wszystko gra?". Najlepiej w takiej chwili mieć minę jakby się nic nie słyszało i było w 1000% skupionym na rozwiązywaniu arcytrudnego problemu a zakłócenie toku myślowego mogło spowodować straty w wysokości 15% krajowego PKB.
Z braku interku każdy włącza swoją ulubioną rozrywkę offline - Sapera, czytanie ebooków, malowanie komiksów, czy oglądanie filmu. Cisza coraz bardziej doskwiera, zatem część osób odcina się od świata słuchawkami. Wszyscy przeczuwają najgorsze.
W końcu czarny scenariusz się sprawdza. Cały budynek zamiera z braku prądu. Posiadacze osobistych UPSów próbują jeszcze udawać, że wszystko jest w porządeczku, że to kilkuminutowa awaria. Niestety tlen szybko się kończy i komputery zamierają.
Awaria trwa 15 minut, z czego większość siedzimy wlepiając wzrok z ekrany, jakby z nadzieją, że krępująca sytuacja zaraz się skończy. Nie wiemy o czym tu gadać, a może brakuje nam odwagi, żeby zacząć jakiś "życiowy" temat. Podśmichujki z braku prądu słabo ratują sytuację.
Offtopic - gdy nieoczekiwany postój trafił mi się w fabryce gdzie pracowałem przy taśmie jako pukaczstukacz, wszyscy zeszliśmy się na środku hali i zaraz ryszyły dyskusje o dupach, samochocdach, meczach i polityce.
W końcu trwające w nieskończoność 15 minut mija i w żyłach naszych maszyn zaczyna płynąć prąd. Węzeł sieciowy również podniósł się z martwych, zatem wraca Internet. Wszyscy nagle dostają dobrego humoru, przez chwilę panuje pełne podniecenia rozbawienie, nagle rozwiązują się nam języki. Nie na długo - szybko kończymy dyskusję, żegnając się przed odpłynięciem w sobie tylko znany bezkres sieci.
Po 5 minutach dział wygląda jak dawniej. Milcząco, klikająco i łupiąco.
No ale to se ne wrati, a i nie o etatyzację w tym poście chodzi.
Siedzimy sobie zatem, klikamy, popijamy co kto ma, podjadamy bułki z serem... sielanka.
Nagle wysiada zakładowy radiowęzeł. W pokoju zapada krępująca cisza... stukot klawiszy, klikot myszek, łupanie w krzyżu i mieszanie herbaty - nagle te dźwięki stają się denerwującym hałasem, każdy zatem stara się klikać, stukać i łupać jak najmniej.
Po 5 minutach - kolejny etap - wysiada internet. No tak, jeśli umieszczony w biurowcu 300m od nas radiowęzeł poległ z braku prądu, to pewnie UPSy podtrzymujące węzeł sieciowy też poszły fpizdu. Na szczęście siedzimy w budynku na terenie zakładu, z odrębnym zasilaniem.
Najmłodsi stażem pracownicy jeszcze głębiej zatapiają się w ekrany, tak aby wyglądać na zapracowanych po trzykroć. Kierownik zaraz wypełznie z pokoju i zapyta "Kto idzie sprawdzić czy w serwerowni wszystko gra?". Najlepiej w takiej chwili mieć minę jakby się nic nie słyszało i było w 1000% skupionym na rozwiązywaniu arcytrudnego problemu a zakłócenie toku myślowego mogło spowodować straty w wysokości 15% krajowego PKB.
Z braku interku każdy włącza swoją ulubioną rozrywkę offline - Sapera, czytanie ebooków, malowanie komiksów, czy oglądanie filmu. Cisza coraz bardziej doskwiera, zatem część osób odcina się od świata słuchawkami. Wszyscy przeczuwają najgorsze.
W końcu czarny scenariusz się sprawdza. Cały budynek zamiera z braku prądu. Posiadacze osobistych UPSów próbują jeszcze udawać, że wszystko jest w porządeczku, że to kilkuminutowa awaria. Niestety tlen szybko się kończy i komputery zamierają.
Awaria trwa 15 minut, z czego większość siedzimy wlepiając wzrok z ekrany, jakby z nadzieją, że krępująca sytuacja zaraz się skończy. Nie wiemy o czym tu gadać, a może brakuje nam odwagi, żeby zacząć jakiś "życiowy" temat. Podśmichujki z braku prądu słabo ratują sytuację.
Offtopic - gdy nieoczekiwany postój trafił mi się w fabryce gdzie pracowałem przy taśmie jako pukaczstukacz, wszyscy zeszliśmy się na środku hali i zaraz ryszyły dyskusje o dupach, samochocdach, meczach i polityce.
W końcu trwające w nieskończoność 15 minut mija i w żyłach naszych maszyn zaczyna płynąć prąd. Węzeł sieciowy również podniósł się z martwych, zatem wraca Internet. Wszyscy nagle dostają dobrego humoru, przez chwilę panuje pełne podniecenia rozbawienie, nagle rozwiązują się nam języki. Nie na długo - szybko kończymy dyskusję, żegnając się przed odpłynięciem w sobie tylko znany bezkres sieci.
Po 5 minutach dział wygląda jak dawniej. Milcząco, klikająco i łupiąco.
managerowie też ludzie
Na ostatniej nasiadówce dyrekcji i kierownictwa wróciła mi wiara w to, że managerowie (nawet wysokiego szczebla) to też ludzie. Do wniosku takiego doszedłem poprzez obserwację rzutu cukierkiem przez stół konferencyjny.
Przenajwyższy przemawiał właśnie z właściwą sobie nerwicą gdy siedzący w jego pobliżu kierownik wydziału wtyczek i korbek krzyknął po cichu do siedzącego obok mnie kierownika działu kabelków i mrygających światełek "e! rzuć cuksa!". Kiero od lampek niewiele się zastanawiając cisnął łakociem w stronę spragnionego endorfiny łasucha, trafiając idealnie... w oko głównej księgowej.
I teraz przez salę przetacza się fala reakcji:
- Księgowa, 55 letnia matrona, przypominająca królową Bonę z obrazów (między innymi tym, że nigdy się nie odzywa), mruga zdezorientowana i purpurowieje ze wstydu że dała się zaskoczyć (może wydawało się że zasnęła i ktoś ją chciał obudzić),
- siedzący obok dyrektor pionu fistaszków i opieki specjalnej - rechocze jak Lepper mówiący o tym, że nie można zgwałcić prostytutki,
- przenajświętszy purpurowieje ze złości, że ktoś śmiał mu przerwać,
- kierownicy dookoła rechoczą albo udają że nic nie widzieli, żeby się nie narazić,
- ja układam w myślach treść tej notki...
Jak widać wielu z nas skrywa się za maską profesjonalizmu, ale w pewnych sytuacjach po prostu nie daje razy powstrzymać się od ludzkich odruchów...
A żeby było pouczająco - historia niczego nas nie uczy, 10 minut potem pani Bona obrywa ponownie po głowie takim samym cukierkiem... tym razem nawet przenajważniejszy z ważnych nie ukrywa śmiechu :)
Przenajwyższy przemawiał właśnie z właściwą sobie nerwicą gdy siedzący w jego pobliżu kierownik wydziału wtyczek i korbek krzyknął po cichu do siedzącego obok mnie kierownika działu kabelków i mrygających światełek "e! rzuć cuksa!". Kiero od lampek niewiele się zastanawiając cisnął łakociem w stronę spragnionego endorfiny łasucha, trafiając idealnie... w oko głównej księgowej.
I teraz przez salę przetacza się fala reakcji:
- Księgowa, 55 letnia matrona, przypominająca królową Bonę z obrazów (między innymi tym, że nigdy się nie odzywa), mruga zdezorientowana i purpurowieje ze wstydu że dała się zaskoczyć (może wydawało się że zasnęła i ktoś ją chciał obudzić),
- siedzący obok dyrektor pionu fistaszków i opieki specjalnej - rechocze jak Lepper mówiący o tym, że nie można zgwałcić prostytutki,
- przenajświętszy purpurowieje ze złości, że ktoś śmiał mu przerwać,
- kierownicy dookoła rechoczą albo udają że nic nie widzieli, żeby się nie narazić,
- ja układam w myślach treść tej notki...
Jak widać wielu z nas skrywa się za maską profesjonalizmu, ale w pewnych sytuacjach po prostu nie daje razy powstrzymać się od ludzkich odruchów...
A żeby było pouczająco - historia niczego nas nie uczy, 10 minut potem pani Bona obrywa ponownie po głowie takim samym cukierkiem... tym razem nawet przenajważniejszy z ważnych nie ukrywa śmiechu :)
Etykiety:
gafy,
głupoty,
informatycy bez komputera,
management,
rozrywki kierownicze,
wpadki
8 lipca 2010
oszczędność przez duże O
Praca w dużej firmie to cholernie pouczająca sprawa. Moja korporacja postanowiła kupić duży system i rozpisała przetarg. Kilka poważnych firm stanęło w szranki, odbyły się negocjacje na naprawdę wysokim poziomie merytorycznym, rozrzut cen był od 160 do 450 tysięcy, ale w sumie najtańsza oferta była jednocześnie najbardziej nam odpowiadającą (z różnych, głównie technicznych, względów), więc komisja wybrała właśnie tę firmę i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Szef.
Szef obejrzał wyniki przetargu i wyśmiał nas - 160 tysiaków za głupi system?! Akcja do kosza, proszę rozpisać jeszcze raz a na koniec zrobić licytację czyli wygrywa ten kto zrobi najtaniej.
Licytacja zakończyła się na 35 tysiącach. Wygrała inna firma, z produktem, który nijak nam nie pasował, ale co tam, tanio to trzeba brać - albo to albo nic.
Firma przyszła, rozpoznała teren i... polazła fpizdu robić jakieś intratniejsze projekty. W końcu kary umowne od 35 tysi to mogą se zapłacić nawet za pół roku obsuwy, co tam.
Ostatnio jednak chyba skończyły im się inne zajęcia bo wrócili. Ostro zabrali się do pracy i już nawet coś niecoś działa z zamawianego systemu. Nie do końca poprawnie ale wypluwa toto jakieś raporty, które trzeba dostosować do kolorystyki i typografii portalu firmowego. Spłynęła na mnie łaska tegoż zadania, zatem rozpoznałem teren i... załamka.
Nie wiem kto pisał ten kod ale można by go pokazywać dzieciom w przedzkolu na zajęciach "jak nie pisać stron www". Nie żebym był jakimś purystą, nie żebym sam nie miał na koncie pewnych zaniedbań i grzeszków na swoich stronach, ale chłopaki od Systemu przeszli moje wyobrażenia na temat złego kodu.
Dla maniaków HTML kilka przykładów:
Szef obejrzał wyniki przetargu i wyśmiał nas - 160 tysiaków za głupi system?! Akcja do kosza, proszę rozpisać jeszcze raz a na koniec zrobić licytację czyli wygrywa ten kto zrobi najtaniej.
Licytacja zakończyła się na 35 tysiącach. Wygrała inna firma, z produktem, który nijak nam nie pasował, ale co tam, tanio to trzeba brać - albo to albo nic.
Firma przyszła, rozpoznała teren i... polazła fpizdu robić jakieś intratniejsze projekty. W końcu kary umowne od 35 tysi to mogą se zapłacić nawet za pół roku obsuwy, co tam.
Ostatnio jednak chyba skończyły im się inne zajęcia bo wrócili. Ostro zabrali się do pracy i już nawet coś niecoś działa z zamawianego systemu. Nie do końca poprawnie ale wypluwa toto jakieś raporty, które trzeba dostosować do kolorystyki i typografii portalu firmowego. Spłynęła na mnie łaska tegoż zadania, zatem rozpoznałem teren i... załamka.
Nie wiem kto pisał ten kod ale można by go pokazywać dzieciom w przedzkolu na zajęciach "jak nie pisać stron www". Nie żebym był jakimś purystą, nie żebym sam nie miał na koncie pewnych zaniedbań i grzeszków na swoich stronach, ale chłopaki od Systemu przeszli moje wyobrażenia na temat złego kodu.
Dla maniaków HTML kilka przykładów:
- znacznik HEAD otwarty dwa razy ale ani razu nie zamknięty
- znaczniki td i tr bez ładu i składu pozagnieżdżane jedne w drugich
- classitis w czystej formie,
- style inline powtarzane przy każdej komórce tabeli,
- brak DOCTYPE,
- brak sensu w używaniu id i class
Etykiety:
itil,
korporacja,
korporacyjne uciechy,
systemy,
wdrożenia
7 lipca 2010
gastrofaza w pracy informatyka
dziś niesmaczny wpis, a raczej luźna (he he) obserwacja ze szkolenia na którym byłem... na przerwie tegoż nieciekawego kursu wybrałem się do hotelowej toalety, a za mną, w odstępach 1-2 minutowych, gromadka innych adeptów trudnej sztuki zarządzania centrami wsparcia. Po chwili cały kibel rozbrzmiewał symfonią pryknięć i zipnięć, przerywaną erupcjami nieco cięższego kalibru, czasem poukładanymi w całe serie i kanonady.
Krótko mówiąc - jak chcesz być informatykiem to przygotuj sobie dobry tłumik albo jakies leki. Pozycja siedząca przez 18h dziennie, złe odżywianie, brak ruchu, masa kawy i coli - po 10 latach takiej pracy w publicznej toalecie lepiej się nie pokazuj.
Krótko mówiąc - jak chcesz być informatykiem to przygotuj sobie dobry tłumik albo jakies leki. Pozycja siedząca przez 18h dziennie, złe odżywianie, brak ruchu, masa kawy i coli - po 10 latach takiej pracy w publicznej toalecie lepiej się nie pokazuj.
Etykiety:
centrum wsparcia,
choroby zawodowe,
przypadłości,
szkolenia,
wstydliwe sprawy
22 grudnia 2009
frankenstein i ja
cykl życia korporacyjnych systemów przypomina mi trochę eksperymenty szalonych naukowców w stylu doktora frankensteina.
Najpierw pojawia się głupi pomysł w stylu "potrzebujemy softu, który sprawi, że nie będziemy musieli tyle pracować". Głupi bo dopiero przy tym sofcie się upierdzielicie, naiwniacy!
Potem jest rok przekonywania dyrektora finansowego że bańka to nie jest dużo jak na taki super soft. Analizy, ROI, TOC, wytaczamy wszystkie możliwe argumenty i w końcu dostajemy budżet.
Projekt rusza pełną parą, przybywa firma, zatyka flagę, zakłada pierwszą bazę i kolejny rok piszecie koncepcję, analizę, projekt techniczny, mierzalne wskaźniki, procedury.
Potem jest etap wdrożenia - jakiś rok zanim wszystko się poukłada na tyle, że nie będziecie chyłkiem przemykać się w cieniu z obawty przed gniewem wszystkich użytkowników i kierownictwa firmy.
Uff, mamy wdrożony system. 3 lata pracy odcisnęło piętno - nie wiecie już dokładnie jaki był pierwotnie pomysł na jego wykorzystanie, bo to zmieniło się o 720 stopni i to kilkukrotnie. Za to wydana bańka okazuje się dopiero początkiem drenowania firmy - trzeba przecież opłacić maintenens, nagle okazuje się że trzeba dokupić licencje CAL na 4500 użytkowników do waszego SQLa, wystawić zlecenie na pół roku konsultacji i opieki technicznej.
Potem jeszcze idziemy do szefa/dyrektora po premię za wdrożony projekt a on zadaje podchwytliwe pytanie typu "A czy ten system potrafi czytać tablice arp ze słiczy firmy mejdinpakistan?" a ty baraniejesz i okazuje się, że oczywiście trzeba kupić za kolejną bańkę produkt który jako jedyny się integruje z tym który wdrożyłeś. Twoja premia oczywiście przepada.
Następnie system powoli się stabilizuje, kurz opada i jeśli masz szczęście to działa do usranej śmierci. Ale ty przecież nie masz szczęścia i nagle zaczynają się podchody kolejnych firm typu "A my tu mamy taki sofcik co potrafi dodać w waszym systemie taki fikuśny guzik co robi boing!".
Zostajesz jako admin systemu wciągnięty w kolejne i kolejne integracje, które twój podopieczny znosi coraz gorzej a ty sam zaczynasz się gubić w tym wszystkim.
W końcu nikt już nie panuje nad ilością błędów pojawiających się w integracjach czy funkcjach dodatkowych i przestajecie na nie reagować, kwitując wszystko zdaniem TTTM (Ten Typ Tak Ma).
Dyrekcja co jakiś czas uwala ci premię jeśli z powodu TTTM coś się bardziej popsuje. Przyzwyczajasz się i do tego.
Stwór zlepiony z kawałków obumiera i zaczynacie myśleć o nowym systemie, który przecież sprawi że w końcu nie będziesz musiał tyle pracować!
Akurat :P
Najpierw pojawia się głupi pomysł w stylu "potrzebujemy softu, który sprawi, że nie będziemy musieli tyle pracować". Głupi bo dopiero przy tym sofcie się upierdzielicie, naiwniacy!
Potem jest rok przekonywania dyrektora finansowego że bańka to nie jest dużo jak na taki super soft. Analizy, ROI, TOC, wytaczamy wszystkie możliwe argumenty i w końcu dostajemy budżet.
Projekt rusza pełną parą, przybywa firma, zatyka flagę, zakłada pierwszą bazę i kolejny rok piszecie koncepcję, analizę, projekt techniczny, mierzalne wskaźniki, procedury.
Potem jest etap wdrożenia - jakiś rok zanim wszystko się poukłada na tyle, że nie będziecie chyłkiem przemykać się w cieniu z obawty przed gniewem wszystkich użytkowników i kierownictwa firmy.
Uff, mamy wdrożony system. 3 lata pracy odcisnęło piętno - nie wiecie już dokładnie jaki był pierwotnie pomysł na jego wykorzystanie, bo to zmieniło się o 720 stopni i to kilkukrotnie. Za to wydana bańka okazuje się dopiero początkiem drenowania firmy - trzeba przecież opłacić maintenens, nagle okazuje się że trzeba dokupić licencje CAL na 4500 użytkowników do waszego SQLa, wystawić zlecenie na pół roku konsultacji i opieki technicznej.
Potem jeszcze idziemy do szefa/dyrektora po premię za wdrożony projekt a on zadaje podchwytliwe pytanie typu "A czy ten system potrafi czytać tablice arp ze słiczy firmy mejdinpakistan?" a ty baraniejesz i okazuje się, że oczywiście trzeba kupić za kolejną bańkę produkt który jako jedyny się integruje z tym który wdrożyłeś. Twoja premia oczywiście przepada.
Następnie system powoli się stabilizuje, kurz opada i jeśli masz szczęście to działa do usranej śmierci. Ale ty przecież nie masz szczęścia i nagle zaczynają się podchody kolejnych firm typu "A my tu mamy taki sofcik co potrafi dodać w waszym systemie taki fikuśny guzik co robi boing!".
Zostajesz jako admin systemu wciągnięty w kolejne i kolejne integracje, które twój podopieczny znosi coraz gorzej a ty sam zaczynasz się gubić w tym wszystkim.
W końcu nikt już nie panuje nad ilością błędów pojawiających się w integracjach czy funkcjach dodatkowych i przestajecie na nie reagować, kwitując wszystko zdaniem TTTM (Ten Typ Tak Ma).
Dyrekcja co jakiś czas uwala ci premię jeśli z powodu TTTM coś się bardziej popsuje. Przyzwyczajasz się i do tego.
Stwór zlepiony z kawałków obumiera i zaczynacie myśleć o nowym systemie, który przecież sprawi że w końcu nie będziesz musiał tyle pracować!
Akurat :P
17 grudnia 2009
handel żywym towarem
Opowiedział mi tę historię pewien pracownik mega-mega-aletonaprawdęmega korporacji. Jednej z najmegakorporacji świata.
W skrócie było to tak, że siedział sobie na lotnisku trzymając w ręku bilety do Egiptu, gdzie miał przez tydzień uczestniczyć w jakimś projekcie. Jednak w ostatniej chwili szef odwołał go z lotniska:
- Witek, słuchaj sprawa jest. Lecisz do Barcelony asap. Pomożesz naszemu akauntowi wcisnąć klientom nasz nowy produkt. Wciśnij wszystkim kit że zachorowałeś. Do boju!
Wytłumaczę jak do tego doszło.
Witek pracuje w dziale A. Jego szef to Maciek. Witek jest jego asem w rękawie, najcenniejszym pracownikiem i często wyciągają go do pomocy inne działy. Na szczęście Maciek i Witek pracują w zdrowo-biznesowo-usługowo zorientowanej firmie i Maciek najzwyczajniej w świecie sprzedaje pracę Witka, na godziny.
Ola kupiła tydzień pracy Witka w Egipcie już miesiąc temu. Po prostu sprawdziła na liście usług wewnętrznych że godzina pracy Witka kosztuje x i ze skromnego budżetu wysupłała środki na wypożyczenie doświadczonego pracownika.
Nagle do akcji wkracza Stefan. Ma pilny projekt, duże środki, potrzebuje pomocy. Dogaduje się z Maćkiem (przypomnę, to szef Witka) że zapłaci za godzinę Witka trzykrotność standardowej stawki plus premia za efekty.
Witek leci do Barcelony, Ola pada ofiarą podkupienia siły roboczej i jej projekt upada a ona wychodzi na durnia. Maciek jest zadowolony bo zarobił kasę dla swojego działu.
Jak widać bycie kierownikiem w zdrowo zorientowanej na zysk firmie przypomina prowadzenie działalności gospodarczej. Inwestycja Stefana zwraca się z nawiązką a 'elastyczność' Maćka popłaca.
Dodam, że pracując w firemce, która gapi się na takie megadurne kolosy widzę dwa bieguny:
- wyższa kadra kierownicza która dąży do tego, żeby praca była rozliczana co do minuty, koszty były znane do rolki papieru w kiblu a kierownicy zabijali się o ich obniżenie,
- kadra wykonawcza, która chce mieć święty spokój i robić swoją robotę, nie rejestrując każdej operacji na specjalnej liście 'wykonane obowiązki służbowe: czas, miejsce, koszt, ilość zużytych kalorii, projekt,...'
a pomiędzy wódką a zakąską są średni kierownicy na z góry straconej pozycji bo za Chiny Ludowe:
- nie wytłumaczą swoim szefom że ich pomysły są porąbane,
- nie wytłumaczą pracownikom, że pomysły szefów są genialne, więc tak a nie inaczej należy pracować i się rozliczać,
No to ponarzekałem sobie, wracam wyjaśniać swoim pracownikom, dlaczego mają ustawiać w systemie status "przerwa w pracy" i wpisywać przyczynę, np. "Siku". Jutro zaś będę szefowi referował ile średnio kliknięć na minutę wykonuje mój statystyczny pracownik i na jaki empek ma pójść koszt amortyzacji jego myszki.
Polecam się.
W skrócie było to tak, że siedział sobie na lotnisku trzymając w ręku bilety do Egiptu, gdzie miał przez tydzień uczestniczyć w jakimś projekcie. Jednak w ostatniej chwili szef odwołał go z lotniska:
- Witek, słuchaj sprawa jest. Lecisz do Barcelony asap. Pomożesz naszemu akauntowi wcisnąć klientom nasz nowy produkt. Wciśnij wszystkim kit że zachorowałeś. Do boju!
Wytłumaczę jak do tego doszło.
Witek pracuje w dziale A. Jego szef to Maciek. Witek jest jego asem w rękawie, najcenniejszym pracownikiem i często wyciągają go do pomocy inne działy. Na szczęście Maciek i Witek pracują w zdrowo-biznesowo-usługowo zorientowanej firmie i Maciek najzwyczajniej w świecie sprzedaje pracę Witka, na godziny.
Ola kupiła tydzień pracy Witka w Egipcie już miesiąc temu. Po prostu sprawdziła na liście usług wewnętrznych że godzina pracy Witka kosztuje x i ze skromnego budżetu wysupłała środki na wypożyczenie doświadczonego pracownika.
Nagle do akcji wkracza Stefan. Ma pilny projekt, duże środki, potrzebuje pomocy. Dogaduje się z Maćkiem (przypomnę, to szef Witka) że zapłaci za godzinę Witka trzykrotność standardowej stawki plus premia za efekty.
Witek leci do Barcelony, Ola pada ofiarą podkupienia siły roboczej i jej projekt upada a ona wychodzi na durnia. Maciek jest zadowolony bo zarobił kasę dla swojego działu.
Jak widać bycie kierownikiem w zdrowo zorientowanej na zysk firmie przypomina prowadzenie działalności gospodarczej. Inwestycja Stefana zwraca się z nawiązką a 'elastyczność' Maćka popłaca.
Dodam, że pracując w firemce, która gapi się na takie megadurne kolosy widzę dwa bieguny:
- wyższa kadra kierownicza która dąży do tego, żeby praca była rozliczana co do minuty, koszty były znane do rolki papieru w kiblu a kierownicy zabijali się o ich obniżenie,
- kadra wykonawcza, która chce mieć święty spokój i robić swoją robotę, nie rejestrując każdej operacji na specjalnej liście 'wykonane obowiązki służbowe: czas, miejsce, koszt, ilość zużytych kalorii, projekt,...'
a pomiędzy wódką a zakąską są średni kierownicy na z góry straconej pozycji bo za Chiny Ludowe:
- nie wytłumaczą swoim szefom że ich pomysły są porąbane,
- nie wytłumaczą pracownikom, że pomysły szefów są genialne, więc tak a nie inaczej należy pracować i się rozliczać,
No to ponarzekałem sobie, wracam wyjaśniać swoim pracownikom, dlaczego mają ustawiać w systemie status "przerwa w pracy" i wpisywać przyczynę, np. "Siku". Jutro zaś będę szefowi referował ile średnio kliknięć na minutę wykonuje mój statystyczny pracownik i na jaki empek ma pójść koszt amortyzacji jego myszki.
Polecam się.
7 grudnia 2009
Osaczeni, zagonieni, przyparci do muru, wypaleni
Tacy są pracownicy firm z branży IT kiedy przekroczą pewien niełatwy do zauważenia i wyczucia próg. Nagle okazuje się, że ich umiejętności, szybkość nauki, czas reakcji na nowe trendy, ciętość riposty i bystrość umysłu - wszystko to nie wystarcza aby nadążyć za młodszymi pracownikami i nowymi technologiami.
Weźmy typowy przypadek. Jesteś młodym gniewnym zajebiście bystrym informatykiem po studiach. Wykazujesz się raz, drugi, trzeci, albo po prostu masz niezłe gadane i przebijasz się na szczyt listy transferowej najbardziej pożądanych pracowników.
Dygresja: taka lista transferowa jest w każdej firmie, powstaje w głowach kierowników w miarę jak ich pracownicy zawalają kolejne terminy i wyjkazują się brakiem kompetencji po raz setny. Kierownik myśli sobie wtedy 'gdybym miał tego nowego z działu serwerów, pokazałbym tym zawistnym skurwysynom co wytykają mój dział palcami...'. W momencie zmian w strukturze organizacyjnej firmy (nowa (d)erekcja, nowy prezes, nowe projekty, zwolnienia) następuje proces burzy kadrowej, podczas której co sprytniejsi kierownicy mogą pozbyć się niechcianych a wyhaczyć pożądanych ludzi. Ale to temat na osobny wpis.
Wracając do przypadku. Ktoś bierze cię do zespołu robiącego coś kreatywnego (przynajmniej tak ci się zdaje). Ładujesz się w kolejne projekty tworzysz/burzysz/naprawiasz kolejne systemy, ratujesz raz po raz świat.
W końcu trafiasz na stanowisko managerskie. Zarządzasz zespołem, zlecasz zadania, zasiadasz w komisjach, spisujesz notatki, ustalenia, procedury.
Aż pewnego dnia, rok, dwa, pięć, po tym jak ostatni raz własnoręcznie zainstalowałeś windowsa albo kompilowałeś jądro linuxa, nadchodzi Nowy Ład i zostajesz strącony ze stołka.
Nieważne jakie są przyczyny. Może nie doczytałeś umowy i naraziłeś firmę na straty. A może krzywo spojrzałeś na prezesa. A może nowy dyrektor ma awersję do ludzi w zielonych krawatach.
Jak masz szczęście, to łaskawie pozwolą ci zająć się tym co robiłeś 10 lat temu.
Niestety okazuje się, że dawni koledzy porobili kariery albo stoją w kolejce pod pośredniakiem a nowi, młodzi, gniewni, etc. patrzą na ciebie jak na dinozaura, który cenne powietrze wzbogaca ceodwa. Gubisz się w nowym kommandlajnie, nie potrafisz ogarnąć otchłani nowego enterprajsowego systemu zarządzania zasobami, nie rozumiesz nowej linii partii^H^Hkierownictwa firmy.
Przez młodszych kolegów zaczynasz być postrzegany przez pryzmat pomyłek, wpadek, spóźnień. Widzą twoje wystraszone oczy, zmęczoną postawę, przyspieszony oddech w kontakcie z kierownikiem, bezwarunkowy odruch kulenia się kiedy nagle otworzą się drzwi do biura.
Docelowo zostajesz kłębkiem nerwów i popadasz w jeden z wielu nałogów jakie oferuje nowoczesny świat.
Resztę dopisz sobie sam, kolego/koleżanko. Nie myśl sobie jednak że piszę to z szyderstwem. To raczej empatia oraz przeczucie, że sam tak skończę, jak wielu przede mną i wielu po mnie. Już niedługo dołączę do Waszego grona. Pierwsze oznaki zdziadzienia już mam.
Weźmy typowy przypadek. Jesteś młodym gniewnym zajebiście bystrym informatykiem po studiach. Wykazujesz się raz, drugi, trzeci, albo po prostu masz niezłe gadane i przebijasz się na szczyt listy transferowej najbardziej pożądanych pracowników.
Dygresja: taka lista transferowa jest w każdej firmie, powstaje w głowach kierowników w miarę jak ich pracownicy zawalają kolejne terminy i wyjkazują się brakiem kompetencji po raz setny. Kierownik myśli sobie wtedy 'gdybym miał tego nowego z działu serwerów, pokazałbym tym zawistnym skurwysynom co wytykają mój dział palcami...'. W momencie zmian w strukturze organizacyjnej firmy (nowa (d)erekcja, nowy prezes, nowe projekty, zwolnienia) następuje proces burzy kadrowej, podczas której co sprytniejsi kierownicy mogą pozbyć się niechcianych a wyhaczyć pożądanych ludzi. Ale to temat na osobny wpis.
Wracając do przypadku. Ktoś bierze cię do zespołu robiącego coś kreatywnego (przynajmniej tak ci się zdaje). Ładujesz się w kolejne projekty tworzysz/burzysz/naprawiasz kolejne systemy, ratujesz raz po raz świat.
W końcu trafiasz na stanowisko managerskie. Zarządzasz zespołem, zlecasz zadania, zasiadasz w komisjach, spisujesz notatki, ustalenia, procedury.
Aż pewnego dnia, rok, dwa, pięć, po tym jak ostatni raz własnoręcznie zainstalowałeś windowsa albo kompilowałeś jądro linuxa, nadchodzi Nowy Ład i zostajesz strącony ze stołka.
Nieważne jakie są przyczyny. Może nie doczytałeś umowy i naraziłeś firmę na straty. A może krzywo spojrzałeś na prezesa. A może nowy dyrektor ma awersję do ludzi w zielonych krawatach.
Jak masz szczęście, to łaskawie pozwolą ci zająć się tym co robiłeś 10 lat temu.
Niestety okazuje się, że dawni koledzy porobili kariery albo stoją w kolejce pod pośredniakiem a nowi, młodzi, gniewni, etc. patrzą na ciebie jak na dinozaura, który cenne powietrze wzbogaca ceodwa. Gubisz się w nowym kommandlajnie, nie potrafisz ogarnąć otchłani nowego enterprajsowego systemu zarządzania zasobami, nie rozumiesz nowej linii partii^H^Hkierownictwa firmy.
Przez młodszych kolegów zaczynasz być postrzegany przez pryzmat pomyłek, wpadek, spóźnień. Widzą twoje wystraszone oczy, zmęczoną postawę, przyspieszony oddech w kontakcie z kierownikiem, bezwarunkowy odruch kulenia się kiedy nagle otworzą się drzwi do biura.
Docelowo zostajesz kłębkiem nerwów i popadasz w jeden z wielu nałogów jakie oferuje nowoczesny świat.
Resztę dopisz sobie sam, kolego/koleżanko. Nie myśl sobie jednak że piszę to z szyderstwem. To raczej empatia oraz przeczucie, że sam tak skończę, jak wielu przede mną i wielu po mnie. Już niedługo dołączę do Waszego grona. Pierwsze oznaki zdziadzienia już mam.
22 września 2009
naliczanie sekundowe
Nasze naczalstwo ma nową idee fixe, czyli dzienne rozliczenie czasu pracownika.
W skrócie wygladać to ma tak, że przychodzę do pracy i zastaję listę TODO, posortowaną od najpilniejszych do tych gdzie termin jest daaaaleko w przyszłości,
tematy, które mam załatwić dzisiaj są oznaczone na czerwono - jeśli nie uda mi się:
a) załatwić ich
b) wynegocjować z zainteresowanymi wydłużenia terminu,
c) wrzucić komuś zgniłka, niech się martwi,
to czeka mnie automatyczny mail do kadr z wnioskiem o odebranie 10% premii miesięcznej.
Pomijając, że system ten mamy uszyć z niczego (patrz poprzedni post, ten sam schemat), oraz, że jest to wielce ciekawe obejście największej wady metodyki GTD (którą jest brak dyscypliny), to wymyślamy już sposoby przypominania o kończącym się czasie na realizację zadania.
Instalujemy za każdym stanowisku dodatkowy głośniczek. O 7 rano z głośniczka wydobywa się przyjemna chilloutowa muzyczka rodem ze szwedzkiego pornosa (lounge party, skąpo ubrane kobiety, drinki, basen w tle). O 9 zaczyna w niej pobrzmiewać nutka niepokoju - np. melodia przechodzi płynnie w motyw z Rosemary's Baby. Około 11 zaczynają się pierwsze takty zagrzewającego do boju marszu z Gwiezdnych Wojen. Po 13, kiedy cały interfejs świeci już na czerwono przekroczonymi lub bliskimi przekroczenia terminami mamy w głośniczku walkę na śmierć i życie ze scen ataku rekina w Szczękach. O 14:35 włącza się już przenikliwy dźwięk z Psychozy (scena pod prysznicem, uderzenia noża), aby punkt 15 odezwał się dyrektor naczelny z tekstem "Jesteś zwolniony!".
I tak codziennie, do emerytury.
W skrócie wygladać to ma tak, że przychodzę do pracy i zastaję listę TODO, posortowaną od najpilniejszych do tych gdzie termin jest daaaaleko w przyszłości,
tematy, które mam załatwić dzisiaj są oznaczone na czerwono - jeśli nie uda mi się:
a) załatwić ich
b) wynegocjować z zainteresowanymi wydłużenia terminu,
c) wrzucić komuś zgniłka, niech się martwi,
to czeka mnie automatyczny mail do kadr z wnioskiem o odebranie 10% premii miesięcznej.
Pomijając, że system ten mamy uszyć z niczego (patrz poprzedni post, ten sam schemat), oraz, że jest to wielce ciekawe obejście największej wady metodyki GTD (którą jest brak dyscypliny), to wymyślamy już sposoby przypominania o kończącym się czasie na realizację zadania.
Instalujemy za każdym stanowisku dodatkowy głośniczek. O 7 rano z głośniczka wydobywa się przyjemna chilloutowa muzyczka rodem ze szwedzkiego pornosa (lounge party, skąpo ubrane kobiety, drinki, basen w tle). O 9 zaczyna w niej pobrzmiewać nutka niepokoju - np. melodia przechodzi płynnie w motyw z Rosemary's Baby. Około 11 zaczynają się pierwsze takty zagrzewającego do boju marszu z Gwiezdnych Wojen. Po 13, kiedy cały interfejs świeci już na czerwono przekroczonymi lub bliskimi przekroczenia terminami mamy w głośniczku walkę na śmierć i życie ze scen ataku rekina w Szczękach. O 14:35 włącza się już przenikliwy dźwięk z Psychozy (scena pod prysznicem, uderzenia noża), aby punkt 15 odezwał się dyrektor naczelny z tekstem "Jesteś zwolniony!".
I tak codziennie, do emerytury.
16 września 2009
panie kierowniku, czy ja dewelopuję?
Mam w dziale 2 MVP - pracowników znających tyle różnych technologii, że szkoda mi czasu na ich wypisywanie. Potrafią programować, pisać zaawansowane skrypty wyczyniające cudeńka - typowi zapaleńcy, którym jeśli powiesz że mają zaprogramować sepulkownik to siądą i go zaprogramują, choćby mieli siedzieć tydzień (ale pewnie zajmie im to 2 dni).
Mam też pecha - mój szanowny dyrektor podejrzewa, że są nie w tym dziale co trzeba.
"Powinni siedzieć u programistów!" mówi i ja go rozumiem. Zaręczam mu więc od roku, że chłopaki nie są tak na prawdę programistami, że potrzebni mi są w dziale i nikt ich nie zastąpi, że znają do białej kości usługi jakie mój dział świadczy itede...
Na nieszczęście dyrektor zażyczył sobie ostatnio od mojego działu pewnego rozwiązania, które trzeba zaprogramować i to w sposób mocno grubymi nićmi szyty, de facto trzeba napisać mailowy serwer proxy z wewnętrzną logiką, pośredniczący między różnymi nadawcami i odbioracmi - zarówno ludźmi jak systemami (monitoring, servicedeski)...
Wszystko to oznacza dużo dużo programowania... jednak dyrektor, kiedy dowie się, że spełniliśmy jego życzenie, spyta się mnie "Super, działa, ale jak to zrobiliście?".
Wiem, że jeśli odpowiem "Chłopaki usiedli i napisali." na drugi dzień stracę moich MVP.
Dlatego w celu obrony moich ludzi trenuję już przed lustrem odpowiedzi (nadsyłajcie własne):
Zaraz jakiś mądrala zapyta - dlaczego nie poprosisz o napisanie tego cuda Waszych programistów? Dlaczego w ogóle przyjąłeś to zadanie na siebie? Dlaczego ...
Moja odpowiedź brzmi "A idź ugryź się w dupę, koleś!"
Mam też pecha - mój szanowny dyrektor podejrzewa, że są nie w tym dziale co trzeba.
"Powinni siedzieć u programistów!" mówi i ja go rozumiem. Zaręczam mu więc od roku, że chłopaki nie są tak na prawdę programistami, że potrzebni mi są w dziale i nikt ich nie zastąpi, że znają do białej kości usługi jakie mój dział świadczy itede...
Na nieszczęście dyrektor zażyczył sobie ostatnio od mojego działu pewnego rozwiązania, które trzeba zaprogramować i to w sposób mocno grubymi nićmi szyty, de facto trzeba napisać mailowy serwer proxy z wewnętrzną logiką, pośredniczący między różnymi nadawcami i odbioracmi - zarówno ludźmi jak systemami (monitoring, servicedeski)...
Wszystko to oznacza dużo dużo programowania... jednak dyrektor, kiedy dowie się, że spełniliśmy jego życzenie, spyta się mnie "Super, działa, ale jak to zrobiliście?".
Wiem, że jeśli odpowiem "Chłopaki usiedli i napisali." na drugi dzień stracę moich MVP.
Dlatego w celu obrony moich ludzi trenuję już przed lustrem odpowiedzi (nadsyłajcie własne):
- "Znaleźliśmy bibliotekę skryptów i kawałków kodu, z której udało się zebrać cuzamendokupy taki właśnie system" (słabe, bo zakłada, że jednak trochę się znamy na programowaniu,
- "W obawie przed nie wykonaniem polecenia i zwolnieniem zrobiliśmy zrzutę w dziale i wynajęliśmy programistę.",
- "Znaleźliśmy forum dyskusyjne gdzie programiści-wolontariusze z Wietnamu piszą darmowe aplikacje na zamówienie dla zagonionych pracowników korporacji.",
- póki co nie mam więcej pomysłów...
Zaraz jakiś mądrala zapyta - dlaczego nie poprosisz o napisanie tego cuda Waszych programistów? Dlaczego w ogóle przyjąłeś to zadanie na siebie? Dlaczego ...
Moja odpowiedź brzmi "A idź ugryź się w dupę, koleś!"
14 września 2009
isowy thrill
Iso, Iso, moje Iso...
Moja firma ma. Twoja też? Też wszyscy narzekają na procedury, dokumentacje, kejpiaje?
Witajcie w klubie. Jest jednak coś, czego bez ISO nie doświadczycie - a warto.
Spróbujcie raz na jakiś czas namówić kogoś z firmy na złamanie procedur, nagięcie graniczące z nasraniem na maskę samochodu głównodowodzącego działu d.s. utrzymania systemu jakości.
Prosty przykład - w ekstremalnych sytuacjach, kiedy nie ma czasu, możemy działać bez iso. Np. w celu wgrania krytycznej poprawki zatrzymajcie na 5 minut serwer poczty w firmie, wyłączcie maszynkę z zasobami plikowymi, apgrejdnijcie jakiś ważny system o kilka wersji. A kto może najlepiej stwierdzić kiedy ma do czynienia z sytuacją krytyczną? Admin!
Wiecie jaki to wywołuje zastrzyk adrenaliny? "Ojapierdziu, robię to bez planu powrotu, bez harmonogramu testów, bez podpisu szefa do spraw zmian. Co prawda wiem, że nie może pójść źle, ale mimo wszystko powinienem mieć na to 200 stron papierków i kilkanaście dni akceptowania, gdybania, poprawiania sformułowań w arkuszu rilisu... a ja robię ot tak, jak drzewiej bywało, bez isologii."
Nerwy i hercklekoten murowane, szczególnie, że jak to z prawem marfiego bywa - najbanalniejsze rzeczy wykonywane na 15 minut przed wyjściem z roboty potrafią nas zmusić do nieprzespanej nocki (i wtedy od razu poprawnośc wykonywania backupu się sprawdzi i nasze umiejętności działania w stresie),
pracownicy firm bez iso - nigdy tego nie doświadczycie! Wasza codzienność to robienie tego wszystkiego bez poczucia że jest się między młotem (audytor wewnętrzny) a kowadłem (dyrektor oczekujący że to co powie zaraz będzie systemem produkcyjnym).
Tak, to prawda - czasem nawet w isowej firmie człowiek może się poczuć jak admin, i jeszcze dostać premię za opanowanie 'krytycznej' sytuacji!
Moja firma ma. Twoja też? Też wszyscy narzekają na procedury, dokumentacje, kejpiaje?
Witajcie w klubie. Jest jednak coś, czego bez ISO nie doświadczycie - a warto.
Spróbujcie raz na jakiś czas namówić kogoś z firmy na złamanie procedur, nagięcie graniczące z nasraniem na maskę samochodu głównodowodzącego działu d.s. utrzymania systemu jakości.
Prosty przykład - w ekstremalnych sytuacjach, kiedy nie ma czasu, możemy działać bez iso. Np. w celu wgrania krytycznej poprawki zatrzymajcie na 5 minut serwer poczty w firmie, wyłączcie maszynkę z zasobami plikowymi, apgrejdnijcie jakiś ważny system o kilka wersji. A kto może najlepiej stwierdzić kiedy ma do czynienia z sytuacją krytyczną? Admin!
Wiecie jaki to wywołuje zastrzyk adrenaliny? "Ojapierdziu, robię to bez planu powrotu, bez harmonogramu testów, bez podpisu szefa do spraw zmian. Co prawda wiem, że nie może pójść źle, ale mimo wszystko powinienem mieć na to 200 stron papierków i kilkanaście dni akceptowania, gdybania, poprawiania sformułowań w arkuszu rilisu... a ja robię ot tak, jak drzewiej bywało, bez isologii."
Nerwy i hercklekoten murowane, szczególnie, że jak to z prawem marfiego bywa - najbanalniejsze rzeczy wykonywane na 15 minut przed wyjściem z roboty potrafią nas zmusić do nieprzespanej nocki (i wtedy od razu poprawnośc wykonywania backupu się sprawdzi i nasze umiejętności działania w stresie),
pracownicy firm bez iso - nigdy tego nie doświadczycie! Wasza codzienność to robienie tego wszystkiego bez poczucia że jest się między młotem (audytor wewnętrzny) a kowadłem (dyrektor oczekujący że to co powie zaraz będzie systemem produkcyjnym).
Tak, to prawda - czasem nawet w isowej firmie człowiek może się poczuć jak admin, i jeszcze dostać premię za opanowanie 'krytycznej' sytuacji!
21 sierpnia 2009
informatyk na wakacjach
no i właśnie się srogo zawiodłem na tej całej idei mobilnego internetu,
no bo kuuurde, żeby w 21 wieku nie móc po jakichś sensownych kosztach zabrać ze sobą smartfona z netem za granicę i smerfować z plaży? co do cholery będę robił w tym nagrzanym do wyrzygania raju śródziemnomorskim, przecież nie:
nie cierpię wakacji (bez netu)! są tak mało produktywne :)
P.S. no chyba że w końcu uda mi się przeczytać te 5 pozaczynanych książek, wtedy będzie z tego wyjazdu jakiś zysk :)
do zobaczenia za 2,5 tygodnia...
no bo kuuurde, żeby w 21 wieku nie móc po jakichś sensownych kosztach zabrać ze sobą smartfona z netem za granicę i smerfować z plaży? co do cholery będę robił w tym nagrzanym do wyrzygania raju śródziemnomorskim, przecież nie:
- opalał się - mam alergię na słońce,
- podróżował - wszystko można zobaczyć na flickr albo Google Street View, bez męczenia nóg,
- poznawał ludzi - a gg nie starczy?
- poznawał alkohole - a to można z plaży, oczywiście przeglądając necik,
- przebywał z rodziną - no tu mnie macie, ale żeby od razu jechać po to 1600km?!
- odpoczywał od pracy - j.w.
nie cierpię wakacji (bez netu)! są tak mało produktywne :)
P.S. no chyba że w końcu uda mi się przeczytać te 5 pozaczynanych książek, wtedy będzie z tego wyjazdu jakiś zysk :)
do zobaczenia za 2,5 tygodnia...
kryzys wi@ry
czasem mam wrażenie że całe to "ajti" to ściema,
personel IT (dawniej "admini") dawno zgubił się w systemach, które obsługuje, serwisuje, wspiera, pisze procedury, monitoruje, debaguje, liczy kejpijaje, pilnuje dostępności, wdraża zmiany zgodnie z harmonogramami wydań, testów, serstów etc.,
audytorzy dawno przyzwyczaili się że "admini" nie łapią po grzyba jest ISO i wskaźniki nie są dotrzymywane,
użytkownicy dawno przyzwyczaili się do miernej lub żadnej jakości systemów IT i wsparcia bezpośredniego, nie wiedzą i nie chcą wiedzieć co to są wskaźniki i dlaczego tyle trzeba czekać na obsługę,
klienci płacą forsę nie wiedząc za co,
wdrożeniowcy dawno przyzwyczaili się, że firmy sprzedają kiepskie wdrożenia i nic z tym się nie da zrobić, bo przeciętny system, który wdrażają jest zbyt skomplikowany, aby nad tym zapanować,
firmy przyzwyczaiły się że wdrożenia kończą się fiaskiem i od początku ich celem jest podpisanie takiej umowy żeby nie ponieść kosztów tego fiaska,
Ogólnie moja teoria jest taka że globalne wdrożenie Informatyki do życia ludzkości zakończyło się gigantycznym fiaskiem i teraz już wszystcy położyli na to lachę - jest jak jest, panie, no co pan zrobisz, nic pan, panie, nie zrobisz...
personel IT (dawniej "admini") dawno zgubił się w systemach, które obsługuje, serwisuje, wspiera, pisze procedury, monitoruje, debaguje, liczy kejpijaje, pilnuje dostępności, wdraża zmiany zgodnie z harmonogramami wydań, testów, serstów etc.,
audytorzy dawno przyzwyczaili się że "admini" nie łapią po grzyba jest ISO i wskaźniki nie są dotrzymywane,
użytkownicy dawno przyzwyczaili się do miernej lub żadnej jakości systemów IT i wsparcia bezpośredniego, nie wiedzą i nie chcą wiedzieć co to są wskaźniki i dlaczego tyle trzeba czekać na obsługę,
klienci płacą forsę nie wiedząc za co,
wdrożeniowcy dawno przyzwyczaili się, że firmy sprzedają kiepskie wdrożenia i nic z tym się nie da zrobić, bo przeciętny system, który wdrażają jest zbyt skomplikowany, aby nad tym zapanować,
firmy przyzwyczaiły się że wdrożenia kończą się fiaskiem i od początku ich celem jest podpisanie takiej umowy żeby nie ponieść kosztów tego fiaska,
Ogólnie moja teoria jest taka że globalne wdrożenie Informatyki do życia ludzkości zakończyło się gigantycznym fiaskiem i teraz już wszystcy położyli na to lachę - jest jak jest, panie, no co pan zrobisz, nic pan, panie, nie zrobisz...
samotność inform@tyka
tak mnie naszło na użalanie się nad sobą, więc dziś o samotności.
otoczeni ludźmi - rodziną, kolegami z pracy i wojska, użytkownikami, osobami z for i portali - informatycy są samotni.
...o kurwa...
otoczeni ludźmi - rodziną, kolegami z pracy i wojska, użytkownikami, osobami z for i portali - informatycy są samotni.
- rodzina ich nie rozumie, prawdopodobnie w 90% przypadków, kiedy opowiadają co zdarzyło się w pracy,
- obsługiwani użytkownicy też za wiele nie rozumieją, ale dodatkowo się czepiają i udają że są mądrzejsi i wiedzą lepiej, tak dla zasady,
- koledzy i znajomi chętnie pogadają o informatyce - jak im się zepsuje windows albo internet, poza tym unikają informatyków bo ani z takim chlać, ani gadać o meczu, no dramat,
- koledzy z pracy coś tam niby rozumieją, ale woleliby ciągle gadać o swoich problemach i systemach jakimi administrują - w końcu ich też nikt nie chce słuchać i muszą komuś się wyżalić,
...o kurwa...
11 sierpnia 2009
wywrotowiec
Tak się składa, że pisuję do propagandowego korpoperiodyku rozrzucanego z korpośmigłowców po całym terenie naszej firmy. Leży toto potem w miejscach publicznych i nikt nie przyzna się że czyta, chociaż czytają, co zaraz udowodnię.
Nie pytajcie jak się na tę fuchę załapałem, niech was też nie dziwi, że zgodziłem się od razu. Lans to lans i jak się powiedziało A, trzeba dobić do Z.
Bywają miesiące, że jaśniepanujący szefu korpooddziału ma zamysł, aby uświadomić naszych użyszkodników, jaką to ważną misję spełnia departament IT w ich życiu. Wtedy pisanie jest mordęgą - włożenie planów podboju świata w 2800 znaków bywa upierdliwe.
Jednak zazwyczaj Pan i Władca czasu nie ma i mogę odbębnić lżejszy tekst typu poradnikowego.
W firmie przeglądarka najczęściej pokazuje "Dostęp zabroniony. Korposieciowe Oko cię namierza. Leż na ziemi i czekaj na przylot grupy interwencyjnej.". Nie muszę dodawać że komunikatory są tępione jak zaraza, Allegro i Nasza-Klasa obłożono klątwą siódmej kategorii a za posiadanie Skype odcina się język.
Postanowiłem spróbować małej sztuczki.
Napisałem więc kryptowywrotowy kawałek o tym, jak w sieci zabezpieczonej zasiekami, fajerłolami, gniazdami CKM i polem minowym skorzystać z zablokowanego GaduGadu, Tlena i Jabbera.
Co najlepsze, zbieram teraz co jakiś czas wyrazy cichego uznania za ten artykuł. Pracownicy przeróżnych filii i komórek zesłani do mrocznego siciolochu zobaczyli maleńki płomyk nadziei.
Czasem budzę się z krzykiem i nasłuchuję walenia w drzwi korporacyjnych siepaczy, którzy wywloką mnie na pole i poderżną gardło "jak psu", za ten artykuł. Częściej jednak uśmiecham się, widząc, że jeszcze nie zablokowali tej strony, przez którą działa komunikator. Może sami korzystają?
Nie pytajcie jak się na tę fuchę załapałem, niech was też nie dziwi, że zgodziłem się od razu. Lans to lans i jak się powiedziało A, trzeba dobić do Z.
Bywają miesiące, że jaśniepanujący szefu korpooddziału ma zamysł, aby uświadomić naszych użyszkodników, jaką to ważną misję spełnia departament IT w ich życiu. Wtedy pisanie jest mordęgą - włożenie planów podboju świata w 2800 znaków bywa upierdliwe.
Jednak zazwyczaj Pan i Władca czasu nie ma i mogę odbębnić lżejszy tekst typu poradnikowego.
W firmie przeglądarka najczęściej pokazuje "Dostęp zabroniony. Korposieciowe Oko cię namierza. Leż na ziemi i czekaj na przylot grupy interwencyjnej.". Nie muszę dodawać że komunikatory są tępione jak zaraza, Allegro i Nasza-Klasa obłożono klątwą siódmej kategorii a za posiadanie Skype odcina się język.
Postanowiłem spróbować małej sztuczki.
Napisałem więc kryptowywrotowy kawałek o tym, jak w sieci zabezpieczonej zasiekami, fajerłolami, gniazdami CKM i polem minowym skorzystać z zablokowanego GaduGadu, Tlena i Jabbera.
Co najlepsze, zbieram teraz co jakiś czas wyrazy cichego uznania za ten artykuł. Pracownicy przeróżnych filii i komórek zesłani do mrocznego siciolochu zobaczyli maleńki płomyk nadziei.
Czasem budzę się z krzykiem i nasłuchuję walenia w drzwi korporacyjnych siepaczy, którzy wywloką mnie na pole i poderżną gardło "jak psu", za ten artykuł. Częściej jednak uśmiecham się, widząc, że jeszcze nie zablokowali tej strony, przez którą działa komunikator. Może sami korzystają?
Etykiety:
internet,
korporacyjne uciechy,
propaganda,
użytkownicy,
zabezpieczenia
5 sierpnia 2009
rekordowa stawka za 3 minuty
Microsoft nie przestaje zaskakiwać. tym razem zaskoczył wujka i ciocię (opiekuję się ich pecetem), którzy spanikowani zadzwonili do mnie z prośbą o pomoc. "Banki nie działają, video na Onecie nie dział, nic nie działa!".
Kononowicz zawirusował komputer jak nic, pomyślałem w pierwszej chwili. W drodze na spokojnie przeanalizowałem kilka możliwych scenariuszy i ostatecznie postawiłem na automatyczną aktualizację przeglądarki.
Nie zawiodłem si?. IE8 - nowy lśniący i zabezpieczony w sposób godny przeglądarki prezesa Microsoftu. Cud że parsował CSSy i pokazywał jakikolwiek HTML, w końcu pewne kombinacje kolorystyczne też można uznać za atak na poczucie gustu i estetyki oglądającego.
3 minuty później (przestawiłem poziom zabezpieczeń z epicko-wysokiego na ledwie średni) wujostwo piało z zachwytu - a jaki to zdolny ten nasz trybik, jaki "każdychpieniędzywarty"... jak zwykle sypnęli grosiwem, żeby mi przy następnej okazji nie przyszło do głowy się wykręcać od pomocy.
Jadąc do domu pogratulowałem w myślach tym tabunom informatyków co to dorobią sobie do wakacji ratując setki, tysiące czy miliony podobnie nieobeznanych użytkowników.
Myślę, że to przemyślana taktyka małomiękkiej firmy - niech wszyscy wiedzą, że to jednak dobroczynna organizacja i innym też daje zarobić!
Kononowicz zawirusował komputer jak nic, pomyślałem w pierwszej chwili. W drodze na spokojnie przeanalizowałem kilka możliwych scenariuszy i ostatecznie postawiłem na automatyczną aktualizację przeglądarki.
Nie zawiodłem si?. IE8 - nowy lśniący i zabezpieczony w sposób godny przeglądarki prezesa Microsoftu. Cud że parsował CSSy i pokazywał jakikolwiek HTML, w końcu pewne kombinacje kolorystyczne też można uznać za atak na poczucie gustu i estetyki oglądającego.
3 minuty później (przestawiłem poziom zabezpieczeń z epicko-wysokiego na ledwie średni) wujostwo piało z zachwytu - a jaki to zdolny ten nasz trybik, jaki "każdychpieniędzywarty"... jak zwykle sypnęli grosiwem, żeby mi przy następnej okazji nie przyszło do głowy się wykręcać od pomocy.
Jadąc do domu pogratulowałem w myślach tym tabunom informatyków co to dorobią sobie do wakacji ratując setki, tysiące czy miliony podobnie nieobeznanych użytkowników.
Myślę, że to przemyślana taktyka małomiękkiej firmy - niech wszyscy wiedzą, że to jednak dobroczynna organizacja i innym też daje zarobić!
4 sierpnia 2009
kariera bez powodu
moja kariera w ajti-korporejszyn zaskakuje mnie coraz bardziej.
Zaczynając jako szergowy admin nie miałem złudzeń - kandydatów na stanowisko szefa było przede mną kilkoro. Wszyscy młodzi i bardziej doświadczeni. Policja na pewno by się zorientowała już po drugim nieszczęśliwym wypadku, że coś nie gra.
Kiedy w ciągu 2 lat sytuacja się diametralnie zmieniła i po serii bolesnych przesunięć kadrowych zostałem sam jeden pretendentem do tronu szefa poczułem, że może coś z tego być.
Rok później szef dostał telefon i po 3 dniach przeszedł szefować gdzie indziej, zostałem zupełnie sam i 3 lub 4 miesiące jakoś byłem sobie sterem i okrętem. Z tego okresu wyniosłem przekonanie, że tak naprawdę 1 człowiek może opędzić 300 użytkowników, o ile posiada odpowiednie zdolności negocjacyjne.
Dostałem do pomocy pracownika, który okazał się nadzwyczaj sumiennym człowiekiem (taki rodzaj co sam szuka sobie roboty jak akurat nie ma żadnej awarii). Zacząłem się rozleniwiać, w końcu ile można dziennie napisać pism do klienta lub szefa?
Nie minął roczek a już wezwano mnie do pracy w centrali firmy, przy czym (podobno) walczył o mnie mój przyszły kierownik jak lew.
A już po pół roku mój kierownik został zdjęty ze świecznika, a za jego biurkiem usiadłem ja sam, zaskoczony całą sytuacją jeszcze bardziej niż on.
Najśmieszniejsze jest w tym wszystkim jedno - nigdy przenigdy nie starałem się o żaden awans. Jestem chodzącym zaprzeczeniem faktu, że nie da się awansować bez podkładania świń, pleców, oszustw i całej tej otoczki.
Nie jestem jednak dowodem na to, że ciężka praca zostaje zauważona. Moja praca nie mogła być zauważona, bo nie była ani ciężka ani specjalnie wybitna. Tak naprawdę myślę, że chodziło o tak zwane gadane, które z każdym rokiem mam coraz lepsze, oraz o dewizę Cejrowskiego, że aby coś osiągnąć trzeba mieć 'tupet jak taran'.
Ot co.
Zaczynając jako szergowy admin nie miałem złudzeń - kandydatów na stanowisko szefa było przede mną kilkoro. Wszyscy młodzi i bardziej doświadczeni. Policja na pewno by się zorientowała już po drugim nieszczęśliwym wypadku, że coś nie gra.
Kiedy w ciągu 2 lat sytuacja się diametralnie zmieniła i po serii bolesnych przesunięć kadrowych zostałem sam jeden pretendentem do tronu szefa poczułem, że może coś z tego być.
Rok później szef dostał telefon i po 3 dniach przeszedł szefować gdzie indziej, zostałem zupełnie sam i 3 lub 4 miesiące jakoś byłem sobie sterem i okrętem. Z tego okresu wyniosłem przekonanie, że tak naprawdę 1 człowiek może opędzić 300 użytkowników, o ile posiada odpowiednie zdolności negocjacyjne.
Dostałem do pomocy pracownika, który okazał się nadzwyczaj sumiennym człowiekiem (taki rodzaj co sam szuka sobie roboty jak akurat nie ma żadnej awarii). Zacząłem się rozleniwiać, w końcu ile można dziennie napisać pism do klienta lub szefa?
Nie minął roczek a już wezwano mnie do pracy w centrali firmy, przy czym (podobno) walczył o mnie mój przyszły kierownik jak lew.
A już po pół roku mój kierownik został zdjęty ze świecznika, a za jego biurkiem usiadłem ja sam, zaskoczony całą sytuacją jeszcze bardziej niż on.
Najśmieszniejsze jest w tym wszystkim jedno - nigdy przenigdy nie starałem się o żaden awans. Jestem chodzącym zaprzeczeniem faktu, że nie da się awansować bez podkładania świń, pleców, oszustw i całej tej otoczki.
Nie jestem jednak dowodem na to, że ciężka praca zostaje zauważona. Moja praca nie mogła być zauważona, bo nie była ani ciężka ani specjalnie wybitna. Tak naprawdę myślę, że chodziło o tak zwane gadane, które z każdym rokiem mam coraz lepsze, oraz o dewizę Cejrowskiego, że aby coś osiągnąć trzeba mieć 'tupet jak taran'.
Ot co.
jak wiele dróg...
Obserwując ludzi uwikłanych w różnorakie projekty (nie tylko ale głównie) informatyczne, mozna dojść do ciekawych wniosków.
Po pierwsze odsetek ludzi, którzy są zadowoleni ze stanu w jakim znajduje się projekt maleje w miarę terminu zakończenia.
Po drugie ludzie realizujący projekty bardzo często robią to wbrew sobie, wbrew doświadczeniu, intuicji, zdrowemu rozsądkowi. Zazwyczaj dzieje się tak gdy dostają na głowę jakiś wymyślony przez prezesa i jego podnóżki temat, z podpisaną umową na pięć baniek i terminem na wczoraj.
Nawet jeśli już projekt jest autorski i ma sensowne podstawy to znajdzie się szereg udupiaczy, którzy wytkną drobne błędy i doprowadzą do zablokowania, spowolnienia, lub gruntownej zmiany, która skutkuje uwaleniem całości.
Koniec końców mijam się na korytarzu z mentalnie zatrutymi, nerwowo wypatrującymi ciosu w plecy, rozdygotanymi osobami, które potrafią już tylko myśleć i mówić o tym dlaczego jest im źle z obecną sytuacją.
Ich życie osobiste sprowadza się do szukania ucieczki w rozrywkach, rodzinie, hobby, ale i tak wisi nad nimi cień poniedziałku, kiedy to kolejne zebranie zespołu, rady, czy komitetu, wykaże szereg ich błędów.
Najgorsze jest w tym to, że nawet jeśli jakiś projekt uda się przeprowadzić przez wszystkie te rafy, to jego uczestnicy automatycznie awansują na kandydatów do kolejnego. Wysysanie witalnych soków trwa więc dalej.
Ile projektów trzeba przejść aby dojrzeć i się tym nie przejmować?
Odpowiedź, mój przyjacielu,
niesie wiatr,
odpowiedź niesie wiatr.
Po pierwsze odsetek ludzi, którzy są zadowoleni ze stanu w jakim znajduje się projekt maleje w miarę terminu zakończenia.
Po drugie ludzie realizujący projekty bardzo często robią to wbrew sobie, wbrew doświadczeniu, intuicji, zdrowemu rozsądkowi. Zazwyczaj dzieje się tak gdy dostają na głowę jakiś wymyślony przez prezesa i jego podnóżki temat, z podpisaną umową na pięć baniek i terminem na wczoraj.
Nawet jeśli już projekt jest autorski i ma sensowne podstawy to znajdzie się szereg udupiaczy, którzy wytkną drobne błędy i doprowadzą do zablokowania, spowolnienia, lub gruntownej zmiany, która skutkuje uwaleniem całości.
Koniec końców mijam się na korytarzu z mentalnie zatrutymi, nerwowo wypatrującymi ciosu w plecy, rozdygotanymi osobami, które potrafią już tylko myśleć i mówić o tym dlaczego jest im źle z obecną sytuacją.
Ich życie osobiste sprowadza się do szukania ucieczki w rozrywkach, rodzinie, hobby, ale i tak wisi nad nimi cień poniedziałku, kiedy to kolejne zebranie zespołu, rady, czy komitetu, wykaże szereg ich błędów.
Najgorsze jest w tym to, że nawet jeśli jakiś projekt uda się przeprowadzić przez wszystkie te rafy, to jego uczestnicy automatycznie awansują na kandydatów do kolejnego. Wysysanie witalnych soków trwa więc dalej.
Ile projektów trzeba przejść aby dojrzeć i się tym nie przejmować?
Odpowiedź, mój przyjacielu,
niesie wiatr,
odpowiedź niesie wiatr.
tanie rozrywki dla poprawy humoru
Było o rozrywkach mało zabawnych, dziś kilka zasłyszanych i przeczytanych rozrywek biurowych dla informatyków
1.
a) mniej wyrafinowana wersja - robisz screen ze wszystkimi ikonkami, ukrywasz wszystkie ikony, wrzucasz tapetę.
b) trudniejsza do wykrycia wersja (opis na blogu realnego testera) - na komputerze prezesa ukrywasz wszystkie ikony z pulpitu, tworzysz folder SUPERTAJNE robisz screenshot'a, usuwasz folder, przywracasz ikonki, ustawiasz tapetę ze zrobionego screena, czekasz aż prezes wezwie informatyka (możesz zrobić to kilku osobom i zmierzyć czas),
2. ustawiasz wygaszacz ekranu z bluescreenem,
3. dopadasz kompa, którego użytkownik wyszedł na fajkę, śniadanie, do kibla i nie zablokował konsoli, szybko piszesz maila do prezesa "panie prezesie kocham pana skrycie".
4. stary DOSowy trick, piszesz program do generowania losowych znaczków i czyszczenia ekranu co 2-3 sekundy, podpinasz pod autoexec przed załadowaniem systemu (nawet nie wim czy to jeszcze możliwe), blokujesz wyjścia z takiego programu (o ile się da).
jakieś inne pomysły?
1.
a) mniej wyrafinowana wersja - robisz screen ze wszystkimi ikonkami, ukrywasz wszystkie ikony, wrzucasz tapetę.
b) trudniejsza do wykrycia wersja (opis na blogu realnego testera) - na komputerze prezesa ukrywasz wszystkie ikony z pulpitu, tworzysz folder SUPERTAJNE robisz screenshot'a, usuwasz folder, przywracasz ikonki, ustawiasz tapetę ze zrobionego screena, czekasz aż prezes wezwie informatyka (możesz zrobić to kilku osobom i zmierzyć czas),
2. ustawiasz wygaszacz ekranu z bluescreenem,
3. dopadasz kompa, którego użytkownik wyszedł na fajkę, śniadanie, do kibla i nie zablokował konsoli, szybko piszesz maila do prezesa "panie prezesie kocham pana skrycie".
4. stary DOSowy trick, piszesz program do generowania losowych znaczków i czyszczenia ekranu co 2-3 sekundy, podpinasz pod autoexec przed załadowaniem systemu (nawet nie wim czy to jeszcze możliwe), blokujesz wyjścia z takiego programu (o ile się da).
jakieś inne pomysły?
rozrywki admina
Jest czas pracy, czas rozrywki, czas robienia fuch i pisania blogów. Ale jest też czas kiedy admina dopada ciemna strona jego osobowości i szuka sobie rozrywek mniej lub bardziej niepoprawnych politycznie.
Zazwyczaj ma to miejsce gdy zostaje sam jak palec, bo zredukowano stanowiska, wszyscy pojechali na wakacje albo trafił mu się własny pokój z monitorem odwróconym od drzwi. Jeśli samotność przedłuża się może nastąpić syndrom złego admina, który uwypukla najgorsze cechy charakteru ludzkiego.
Bo trzeba wam wiedzieć - admin to zwykły człowiek, mający swoje wady i ułomności. A władza jaką daje wgląd na serwery i komputery użytkowników (bez ich wiedzy) jest jak tolkienowski pierścień - ciąży i kusi zarazem, a oprzeć się jej mogą nieliczni.
Co zatem naznaczony piętnem władzy admin może?
1. Skasować wam zdalnie pliki systemowe, potrzebne do uruchomienia komputera. Po co?
by podnieść średnią zgłoszeń w miesiącu jakie rozwiązuje.
by wkurwić nielubianego użyszkodnika
by poderwać lub chociaż popatrzeć na firmową seksbombę
gwoli wyjaśnienia: jesteś ładna i seksowna a twój komputer często się nie uruchamia? Zastanów się czy admin na ciebie nie leci.
Admini to zwykle nieśmiałe i przerażone wszelkimi kontaktami z ludźmi istoty, więc łatwo poznać kiedy się stresują spotkaniem z piękną kobietą - otóż ZAWSZE. Dlatego łatwo poznać.
2. Podejrzeć wasze prywatne pliki.
Szczególnie interesujące są te zdjęcia z wakacji, które przypadkiem znalazły się na Twoim dysku. Szczególnie jeśli jesteś na nich w skąpym ubraniu, seksownej bieliźnie lub bez.
3. Podejrzeć wasze rozmowy na gadu-gadu
Jeśli lubisz flirtować z nieznajomymi może nawet zdarzyć się że admin założy sobie fikcyjny mail i konto GG aby cie poderwać. Wirtualny seks czy tylko flirt jest dla admina zbawieniem w chwilach samotności i zwątpienia w sens wykonywanej pracy. Nimfomanki korzystające z sieci są dla niego świętym Graalem.
4. Przejrzeć waszą pocztę
Szczególnie czytanie korespondencji między przyjaciółkami piszącymi o 'tym nowym ciachu z działu inwestycji' albo o 'tej zdzirze ze szkoleń' może być pouczające. Admin bowiem niewiele wie o międzyludzkich stosunkach i chętnie się uczy tego lub owego.
Zdaję sobie sprawę, że powyższe punkty nie wyczerpują tematu a także iż nie są to działania ani legalne ani etyczne. Dlatego mały disclaimer:
a) tak tylko słyszałem,
b) niech to będzie przestrogą dla użytkowników...
c) ...oraz działów zajmujących się bezpieczeństwem w firmie - może admin niekoniecznie musi mieć prawa do wglądu we wszystko?
Zazwyczaj ma to miejsce gdy zostaje sam jak palec, bo zredukowano stanowiska, wszyscy pojechali na wakacje albo trafił mu się własny pokój z monitorem odwróconym od drzwi. Jeśli samotność przedłuża się może nastąpić syndrom złego admina, który uwypukla najgorsze cechy charakteru ludzkiego.
Bo trzeba wam wiedzieć - admin to zwykły człowiek, mający swoje wady i ułomności. A władza jaką daje wgląd na serwery i komputery użytkowników (bez ich wiedzy) jest jak tolkienowski pierścień - ciąży i kusi zarazem, a oprzeć się jej mogą nieliczni.
Co zatem naznaczony piętnem władzy admin może?
1. Skasować wam zdalnie pliki systemowe, potrzebne do uruchomienia komputera. Po co?
by podnieść średnią zgłoszeń w miesiącu jakie rozwiązuje.
by wkurwić nielubianego użyszkodnika
by poderwać lub chociaż popatrzeć na firmową seksbombę
gwoli wyjaśnienia: jesteś ładna i seksowna a twój komputer często się nie uruchamia? Zastanów się czy admin na ciebie nie leci.
Admini to zwykle nieśmiałe i przerażone wszelkimi kontaktami z ludźmi istoty, więc łatwo poznać kiedy się stresują spotkaniem z piękną kobietą - otóż ZAWSZE. Dlatego łatwo poznać.
2. Podejrzeć wasze prywatne pliki.
Szczególnie interesujące są te zdjęcia z wakacji, które przypadkiem znalazły się na Twoim dysku. Szczególnie jeśli jesteś na nich w skąpym ubraniu, seksownej bieliźnie lub bez.
3. Podejrzeć wasze rozmowy na gadu-gadu
Jeśli lubisz flirtować z nieznajomymi może nawet zdarzyć się że admin założy sobie fikcyjny mail i konto GG aby cie poderwać. Wirtualny seks czy tylko flirt jest dla admina zbawieniem w chwilach samotności i zwątpienia w sens wykonywanej pracy. Nimfomanki korzystające z sieci są dla niego świętym Graalem.
4. Przejrzeć waszą pocztę
Szczególnie czytanie korespondencji między przyjaciółkami piszącymi o 'tym nowym ciachu z działu inwestycji' albo o 'tej zdzirze ze szkoleń' może być pouczające. Admin bowiem niewiele wie o międzyludzkich stosunkach i chętnie się uczy tego lub owego.
Zdaję sobie sprawę, że powyższe punkty nie wyczerpują tematu a także iż nie są to działania ani legalne ani etyczne. Dlatego mały disclaimer:
a) tak tylko słyszałem,
b) niech to będzie przestrogą dla użytkowników...
c) ...oraz działów zajmujących się bezpieczeństwem w firmie - może admin niekoniecznie musi mieć prawa do wglądu we wszystko?
ulubieni użytkownicy
z czasów jak z niebios zstępowałem pomiędzy użytkowników w przebraniu szeregowego admina zapamiętałem kilka zasad.
lubimy użytkowników którzy:
proponują coś do picia, nawet nich to będzie kawa a nie piwo - ale niech będzie,
dają adminowi tyle czasu ile potrzebuje,
jak gadka się nie klei idą sobie na kawę gdzieś obok, nie stresując swoją obecnością,
rozumieją, że admin nie ma w mózgu zaindeksowanej bazy wiedzy microsoft,
ubierają się w kuse spódniczki i wydekoltowane bluzki (o ile są to kobiety!)
nie lubimy użytkowników którzy:
dzwonią 10 minut po zgłoszeniu do Helpdesku i pytają "co z moim zgłoszeniem?",
stoją/siadają za plecami pracującego nad problemem admina i gapią się w ekran...,
... co 1-2 minuty pytając "i jak tam, będzie coś z tego?"...,
... paląc przy tym papierocha,
2 dni po usunięciu wirusa i odinstalowaniu toolbarów porntube zgłaszają że 'znowu im się popsuło wszystko',
udają niewiniątka 'ja nic nie robiłem',
lubią gnębić admina tekstami 'moja babcia by sobie z tym poradziła',
nie akceptują rozwiązań zastępczych 'nie, nie będę chodziła po wydruki biurko obok, proszę mi podstawić taką samą drukarkę albo dać nową',
takie luźne przemyślenia :).
lubimy użytkowników którzy:
proponują coś do picia, nawet nich to będzie kawa a nie piwo - ale niech będzie,
dają adminowi tyle czasu ile potrzebuje,
jak gadka się nie klei idą sobie na kawę gdzieś obok, nie stresując swoją obecnością,
rozumieją, że admin nie ma w mózgu zaindeksowanej bazy wiedzy microsoft,
ubierają się w kuse spódniczki i wydekoltowane bluzki (o ile są to kobiety!)
nie lubimy użytkowników którzy:
dzwonią 10 minut po zgłoszeniu do Helpdesku i pytają "co z moim zgłoszeniem?",
stoją/siadają za plecami pracującego nad problemem admina i gapią się w ekran...,
... co 1-2 minuty pytając "i jak tam, będzie coś z tego?"...,
... paląc przy tym papierocha,
2 dni po usunięciu wirusa i odinstalowaniu toolbarów porntube zgłaszają że 'znowu im się popsuło wszystko',
udają niewiniątka 'ja nic nie robiłem',
lubią gnębić admina tekstami 'moja babcia by sobie z tym poradziła',
nie akceptują rozwiązań zastępczych 'nie, nie będę chodziła po wydruki biurko obok, proszę mi podstawić taką samą drukarkę albo dać nową',
takie luźne przemyślenia :).
Czczij kierownika swego i matkę jego
Ponieważ kierowników/szefów/zwierzchników się nie wybiera, warto czasem przyjrzeć się im z ludzkiej strony.
Bo przecież oni mają ludzkie strony.
Kiedy dowiedziałem się, że idę do działu którego kierownikiem jest taki a taki człowiek, zacząłem lepić laleczkę voodoo i zastanawiać się jak tu podpieprzyć jego materiał genetyczny, np. włos z nosa, ślinę czy mocz.
Po miesiącu zastanawiałem się - lepszym wyjściem jest skok z 10 piętra czy może nagła zmiana pasa w drodze do pracy.
Po 3 miesiącach zacząłem podziwiać swojego szefa. Okazało się, że jego system 'biorę na siebie wszystkie możliwe zadania' ma sens. Odkąd przejął władzę nasz dział sukcesywnie podgryza inne komórki naszej firmy i zyskuje w ten sposób na prestiżu.
Nieco gorzej wychodzimy na tym my, jego pracownicy. Bo jego drugi system nosi nazwę kodową '10 lat pracowałem na stanowisko i nie zamierzam teraz kiwnąć palcem'.
W sumie go rozumiem. Jest jeszcze w wieku gdy:
Zatem musi też oszczędzać siły na przyszłość, jak będzie trzeba dawać odpór pretendentom do tronu, młodszym, szybszym, bardziej krwiożerczym, rekinom bez sentymentów i ludzkich odruchów (takie przecież rosną pokolenia).
Tak więc lepszy taki szef, niż pewna kierowniczka działu 'obok' kierująca się zasadą 'niczego nie dotykam a to co już mam ukrywam, a jak ktoś zapyta to nic nie wiem, a jak mi udowodni że jestem odpowiedzialna zgrywam zaskoczoną i zwalam na resztę firmy'.
Jej pracownicy od roku udają że coś robią, chodzą zestresowani, że wyda się iż nic nie robią, do kierowniczki boją się podejść bo znowu wymyśli napisanie procedury czy instrukcji do czegoś co nie istnieje.
Pracownicy mojego działu chodzą pewni że kolejny dzień będzie przechlapane, orka, za dużo tematów, za mało czasu. Przynajmniej mają jasność, że opierdalając się (np. pisząc takie blogi jak ten) mogą w każdej chwili z paska narzędzi windows 'podnieść' 10 okienek z aktualnie rozpoczętą pracą, monitorowanymi systemami, zaczętymi raportami i skryptami.
I nie są to żadne fałszywki!
Czego i Wam życzę.
Bo przecież oni mają ludzkie strony.
Kiedy dowiedziałem się, że idę do działu którego kierownikiem jest taki a taki człowiek, zacząłem lepić laleczkę voodoo i zastanawiać się jak tu podpieprzyć jego materiał genetyczny, np. włos z nosa, ślinę czy mocz.
Po miesiącu zastanawiałem się - lepszym wyjściem jest skok z 10 piętra czy może nagła zmiana pasa w drodze do pracy.
Po 3 miesiącach zacząłem podziwiać swojego szefa. Okazało się, że jego system 'biorę na siebie wszystkie możliwe zadania' ma sens. Odkąd przejął władzę nasz dział sukcesywnie podgryza inne komórki naszej firmy i zyskuje w ten sposób na prestiżu.
Nieco gorzej wychodzimy na tym my, jego pracownicy. Bo jego drugi system nosi nazwę kodową '10 lat pracowałem na stanowisko i nie zamierzam teraz kiwnąć palcem'.
W sumie go rozumiem. Jest jeszcze w wieku gdy:
- nikt nie patrzy na niego jak na łatwą zwierzynę do odstrzału,
- potrafi w miarę sprawnie i błyskotliwie odparować każdy zarzut dyrekcji czy konkurentów,
- chce mu się bawić w gierki personalne i podkopywanie ewentualnych następców,
- ma szansę na wyższy stołek, więc swoje siły kierunkuje w stronę wbijania szpilek w swojego szefa,
- po czterdziestce,
- polot nie ten i riposty już nie tak cięte,
- strach o przyszłość dzieci/wnuków jak mu się noga podwinie,
- pracy za tę kasę w tym wieku nie znajdzie,
Zatem musi też oszczędzać siły na przyszłość, jak będzie trzeba dawać odpór pretendentom do tronu, młodszym, szybszym, bardziej krwiożerczym, rekinom bez sentymentów i ludzkich odruchów (takie przecież rosną pokolenia).
Tak więc lepszy taki szef, niż pewna kierowniczka działu 'obok' kierująca się zasadą 'niczego nie dotykam a to co już mam ukrywam, a jak ktoś zapyta to nic nie wiem, a jak mi udowodni że jestem odpowiedzialna zgrywam zaskoczoną i zwalam na resztę firmy'.
Jej pracownicy od roku udają że coś robią, chodzą zestresowani, że wyda się iż nic nie robią, do kierowniczki boją się podejść bo znowu wymyśli napisanie procedury czy instrukcji do czegoś co nie istnieje.
Pracownicy mojego działu chodzą pewni że kolejny dzień będzie przechlapane, orka, za dużo tematów, za mało czasu. Przynajmniej mają jasność, że opierdalając się (np. pisząc takie blogi jak ten) mogą w każdej chwili z paska narzędzi windows 'podnieść' 10 okienek z aktualnie rozpoczętą pracą, monitorowanymi systemami, zaczętymi raportami i skryptami.
I nie są to żadne fałszywki!
Czego i Wam życzę.
kibel + komórka
zdradzę wam coś co pewnie każdy z szanujących się uczniów Dilberta od dawna robi, ale boi się przyznać.
Gram na komórce w kiblu.
Zaczęło się niewinnie. Byłem pierwszy rok w pracy a brat pożyczył mi gameboy'a. Stres związany z nowym (pierwszym) zawodowym środowiskiem sprawił, że średnio 2 godziny dziennie spędzałem niby-to-u-klienta a tak naprawdę siedząc w wychodku. Gameboy umilał mi czas i odstresowywał.
Kolejne lata przyniosły ewolucję - pierwsza komóra i tetris, potem jakieś megagłupie japońskie RPG, następne telefony z lepszymi procesorami i wyścigi samochodowe, tenis aż wreszcie dotarłem do punktu w którym komórka ma akcelerator 3d, grafikę porównywalną z początkami PC i kart SVGA, oraz gry na poziomie eye of the beholder (orcs and elves 2) czy another world (cyberpunk).
Mówię wam, przeżywam druga młodość jako gracz - dzięki mojemu soniakowi mogę poczuć ten dreszczyk z małego i dużego atari albo nawet Windowsa 95 i gier w tysiącu kolorach.
Pecetowe gry mnie nie kręcą, na konsolę żona nie pozwala, pozostaje komórka. W kiblu. Świetnie pożera minuty dzielące mnie od 7 do 15.
Dziękujemy ci ......... (wpisz nazwę producenta swojej słuchawki).
Gram na komórce w kiblu.
Zaczęło się niewinnie. Byłem pierwszy rok w pracy a brat pożyczył mi gameboy'a. Stres związany z nowym (pierwszym) zawodowym środowiskiem sprawił, że średnio 2 godziny dziennie spędzałem niby-to-u-klienta a tak naprawdę siedząc w wychodku. Gameboy umilał mi czas i odstresowywał.
Kolejne lata przyniosły ewolucję - pierwsza komóra i tetris, potem jakieś megagłupie japońskie RPG, następne telefony z lepszymi procesorami i wyścigi samochodowe, tenis aż wreszcie dotarłem do punktu w którym komórka ma akcelerator 3d, grafikę porównywalną z początkami PC i kart SVGA, oraz gry na poziomie eye of the beholder (orcs and elves 2) czy another world (cyberpunk).
Mówię wam, przeżywam druga młodość jako gracz - dzięki mojemu soniakowi mogę poczuć ten dreszczyk z małego i dużego atari albo nawet Windowsa 95 i gier w tysiącu kolorach.
Pecetowe gry mnie nie kręcą, na konsolę żona nie pozwala, pozostaje komórka. W kiblu. Świetnie pożera minuty dzielące mnie od 7 do 15.
Dziękujemy ci ......... (wpisz nazwę producenta swojej słuchawki).
profesjonalni współpracownicy
kiedy użyszkodnik nie kuma co to jest zamapowany dysk, serwer plikowy, napęd dvd czy uprawnienie do katalogu - tragedii nie ma.
kiedy twój kolega/koleżanka z pokoju, informatyk (z nazwy stanowiska), po raz piąty pyta ze szczegółami jak krok po kroku wykonać prostą czynność w rodzaju wydania 2 komend w cmd.exe, choć wysłałeś mu/jej maila ze screenshotami - pora poszukać innej pracy/pokoju/kolegów.
szczególnie w dużych firmach, gdzie do działu informatyki migrują panowie magazynierzy, panie z działu socjalnego, czy inni znajomi dyrektora pracowanie w dziale IT bywa frustrujące. Raz że zawsze zalegasz z robotą, bo nie ma jej między kogo podzielić, dwa że nikt cię nie rozumie, trzy że jak przychodzi coś nowego do zrobienia to... zgadłeś - wybrańcem zostajesz, jako najbardziej doświadczony i zasłużony pracownik - Ty.
Nie jest jednak tak źle - premia zawsze zostanie podzielona sprawiedliwie, po równo każdemu, a równiejszym jeszcze równiej!
kiedy twój kolega/koleżanka z pokoju, informatyk (z nazwy stanowiska), po raz piąty pyta ze szczegółami jak krok po kroku wykonać prostą czynność w rodzaju wydania 2 komend w cmd.exe, choć wysłałeś mu/jej maila ze screenshotami - pora poszukać innej pracy/pokoju/kolegów.
szczególnie w dużych firmach, gdzie do działu informatyki migrują panowie magazynierzy, panie z działu socjalnego, czy inni znajomi dyrektora pracowanie w dziale IT bywa frustrujące. Raz że zawsze zalegasz z robotą, bo nie ma jej między kogo podzielić, dwa że nikt cię nie rozumie, trzy że jak przychodzi coś nowego do zrobienia to... zgadłeś - wybrańcem zostajesz, jako najbardziej doświadczony i zasłużony pracownik - Ty.
Nie jest jednak tak źle - premia zawsze zostanie podzielona sprawiedliwie, po równo każdemu, a równiejszym jeszcze równiej!
blaza
blaza dopadła mnie około 6 roku pracy, kiedy sam na sam niemalże zostałem z moimi kochanieńkimi 300 użytkownikami.
Nade mną szef, który z pokoiku wynurzał się tylko zrobić sobie kawę, albo jak z centrali dostał joby że za mało pracujemy, pode mną tłum użyszkodników w miarę spacyfikowanych a przede mną internet i długie godziny do fajrantu.
Sytuacja trwała ze 2 lata z przeróżnymi zmianami, między innymi taką, że ja zostałem zwierzchnikiem swojego następcy i zrozumiałem jak można przesiedzieć cały tydzień czytając blogi o dupie maryni nie wynurzając się z pokoju.
Do dziś czkawką odbija mi się ten okres - brak chęci i motywacji do pracy, uzależnienie od sieci, nawyk płynnego przechodzenia od ważnego raportu dla szefa w stronę czytnika rss lub komunikatora lub zaczętego notka na blog lub fajnej flashowej gierki lub kawałka napoczętego kodu w php... łapiecie, sky is the limit.
Blaza to rzecz straszna. Dajcie więc spokój swojemu adminowi. On naprawdę stara się wam pomóc, ale po przekroczeniu pewnego progu zaczyna rozumieć że jakby się nie starał i tak 'wódki nie przepijesz, roboty nie przerobisz'.
Nade mną szef, który z pokoiku wynurzał się tylko zrobić sobie kawę, albo jak z centrali dostał joby że za mało pracujemy, pode mną tłum użyszkodników w miarę spacyfikowanych a przede mną internet i długie godziny do fajrantu.
Sytuacja trwała ze 2 lata z przeróżnymi zmianami, między innymi taką, że ja zostałem zwierzchnikiem swojego następcy i zrozumiałem jak można przesiedzieć cały tydzień czytając blogi o dupie maryni nie wynurzając się z pokoju.
Do dziś czkawką odbija mi się ten okres - brak chęci i motywacji do pracy, uzależnienie od sieci, nawyk płynnego przechodzenia od ważnego raportu dla szefa w stronę czytnika rss lub komunikatora lub zaczętego notka na blog lub fajnej flashowej gierki lub kawałka napoczętego kodu w php... łapiecie, sky is the limit.
Blaza to rzecz straszna. Dajcie więc spokój swojemu adminowi. On naprawdę stara się wam pomóc, ale po przekroczeniu pewnego progu zaczyna rozumieć że jakby się nie starał i tak 'wódki nie przepijesz, roboty nie przerobisz'.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)