zdradzę wam coś co pewnie każdy z szanujących się uczniów Dilberta od dawna robi, ale boi się przyznać.
Gram na komórce w kiblu.
Zaczęło się niewinnie. Byłem pierwszy rok w pracy a brat pożyczył mi gameboy'a. Stres związany z nowym (pierwszym) zawodowym środowiskiem sprawił, że średnio 2 godziny dziennie spędzałem niby-to-u-klienta a tak naprawdę siedząc w wychodku. Gameboy umilał mi czas i odstresowywał.
Kolejne lata przyniosły ewolucję - pierwsza komóra i tetris, potem jakieś megagłupie japońskie RPG, następne telefony z lepszymi procesorami i wyścigi samochodowe, tenis aż wreszcie dotarłem do punktu w którym komórka ma akcelerator 3d, grafikę porównywalną z początkami PC i kart SVGA, oraz gry na poziomie eye of the beholder (orcs and elves 2) czy another world (cyberpunk).
Mówię wam, przeżywam druga młodość jako gracz - dzięki mojemu soniakowi mogę poczuć ten dreszczyk z małego i dużego atari albo nawet Windowsa 95 i gier w tysiącu kolorach.
Pecetowe gry mnie nie kręcą, na konsolę żona nie pozwala, pozostaje komórka. W kiblu. Świetnie pożera minuty dzielące mnie od 7 do 15.
Dziękujemy ci ......... (wpisz nazwę producenta swojej słuchawki).
4 sierpnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz