Iso, Iso, moje Iso...
Moja firma ma. Twoja też? Też wszyscy narzekają na procedury, dokumentacje, kejpiaje?
Witajcie w klubie. Jest jednak coś, czego bez ISO nie doświadczycie - a warto.
Spróbujcie raz na jakiś czas namówić kogoś z firmy na złamanie procedur, nagięcie graniczące z nasraniem na maskę samochodu głównodowodzącego działu d.s. utrzymania systemu jakości.
Prosty przykład - w ekstremalnych sytuacjach, kiedy nie ma czasu, możemy działać bez iso. Np. w celu wgrania krytycznej poprawki zatrzymajcie na 5 minut serwer poczty w firmie, wyłączcie maszynkę z zasobami plikowymi, apgrejdnijcie jakiś ważny system o kilka wersji. A kto może najlepiej stwierdzić kiedy ma do czynienia z sytuacją krytyczną? Admin!
Wiecie jaki to wywołuje zastrzyk adrenaliny? "Ojapierdziu, robię to bez planu powrotu, bez harmonogramu testów, bez podpisu szefa do spraw zmian. Co prawda wiem, że nie może pójść źle, ale mimo wszystko powinienem mieć na to 200 stron papierków i kilkanaście dni akceptowania, gdybania, poprawiania sformułowań w arkuszu rilisu... a ja robię ot tak, jak drzewiej bywało, bez isologii."
Nerwy i hercklekoten murowane, szczególnie, że jak to z prawem marfiego bywa - najbanalniejsze rzeczy wykonywane na 15 minut przed wyjściem z roboty potrafią nas zmusić do nieprzespanej nocki (i wtedy od razu poprawnośc wykonywania backupu się sprawdzi i nasze umiejętności działania w stresie),
pracownicy firm bez iso - nigdy tego nie doświadczycie! Wasza codzienność to robienie tego wszystkiego bez poczucia że jest się między młotem (audytor wewnętrzny) a kowadłem (dyrektor oczekujący że to co powie zaraz będzie systemem produkcyjnym).
Tak, to prawda - czasem nawet w isowej firmie człowiek może się poczuć jak admin, i jeszcze dostać premię za opanowanie 'krytycznej' sytuacji!
14 września 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz