4 sierpnia 2009

jak wiele dróg...

Obserwując ludzi uwikłanych w różnorakie projekty (nie tylko ale głównie) informatyczne, mozna dojść do ciekawych wniosków.

Po pierwsze odsetek ludzi, którzy są zadowoleni ze stanu w jakim znajduje się projekt maleje w miarę terminu zakończenia.

Po drugie ludzie realizujący projekty bardzo często robią to wbrew sobie, wbrew doświadczeniu, intuicji, zdrowemu rozsądkowi. Zazwyczaj dzieje się tak gdy dostają na głowę jakiś wymyślony przez prezesa i jego podnóżki temat, z podpisaną umową na pięć baniek i terminem na wczoraj.

Nawet jeśli już projekt jest autorski i ma sensowne podstawy to znajdzie się szereg udupiaczy, którzy wytkną drobne błędy i doprowadzą do zablokowania, spowolnienia, lub gruntownej zmiany, która skutkuje uwaleniem całości.

Koniec końców mijam się na korytarzu z mentalnie zatrutymi, nerwowo wypatrującymi ciosu w plecy, rozdygotanymi osobami, które potrafią już tylko myśleć i mówić o tym dlaczego jest im źle z obecną sytuacją.

Ich życie osobiste sprowadza się do szukania ucieczki w rozrywkach, rodzinie, hobby, ale i tak wisi nad nimi cień poniedziałku, kiedy to kolejne zebranie zespołu, rady, czy komitetu, wykaże szereg ich błędów.

Najgorsze jest w tym to, że nawet jeśli jakiś projekt uda się przeprowadzić przez wszystkie te rafy, to jego uczestnicy automatycznie awansują na kandydatów do kolejnego. Wysysanie witalnych soków trwa więc dalej.

Ile projektów trzeba przejść aby dojrzeć i się tym nie przejmować?

Odpowiedź, mój przyjacielu,
niesie wiatr,
odpowiedź niesie wiatr.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz