moja kariera w ajti-korporejszyn zaskakuje mnie coraz bardziej.
Zaczynając jako szergowy admin nie miałem złudzeń - kandydatów na stanowisko szefa było przede mną kilkoro. Wszyscy młodzi i bardziej doświadczeni. Policja na pewno by się zorientowała już po drugim nieszczęśliwym wypadku, że coś nie gra.
Kiedy w ciągu 2 lat sytuacja się diametralnie zmieniła i po serii bolesnych przesunięć kadrowych zostałem sam jeden pretendentem do tronu szefa poczułem, że może coś z tego być.
Rok później szef dostał telefon i po 3 dniach przeszedł szefować gdzie indziej, zostałem zupełnie sam i 3 lub 4 miesiące jakoś byłem sobie sterem i okrętem. Z tego okresu wyniosłem przekonanie, że tak naprawdę 1 człowiek może opędzić 300 użytkowników, o ile posiada odpowiednie zdolności negocjacyjne.
Dostałem do pomocy pracownika, który okazał się nadzwyczaj sumiennym człowiekiem (taki rodzaj co sam szuka sobie roboty jak akurat nie ma żadnej awarii). Zacząłem się rozleniwiać, w końcu ile można dziennie napisać pism do klienta lub szefa?
Nie minął roczek a już wezwano mnie do pracy w centrali firmy, przy czym (podobno) walczył o mnie mój przyszły kierownik jak lew.
A już po pół roku mój kierownik został zdjęty ze świecznika, a za jego biurkiem usiadłem ja sam, zaskoczony całą sytuacją jeszcze bardziej niż on.
Najśmieszniejsze jest w tym wszystkim jedno - nigdy przenigdy nie starałem się o żaden awans. Jestem chodzącym zaprzeczeniem faktu, że nie da się awansować bez podkładania świń, pleców, oszustw i całej tej otoczki.
Nie jestem jednak dowodem na to, że ciężka praca zostaje zauważona. Moja praca nie mogła być zauważona, bo nie była ani ciężka ani specjalnie wybitna. Tak naprawdę myślę, że chodziło o tak zwane gadane, które z każdym rokiem mam coraz lepsze, oraz o dewizę Cejrowskiego, że aby coś osiągnąć trzeba mieć 'tupet jak taran'.
Ot co.
4 sierpnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz