22 września 2009

naliczanie sekundowe

Nasze naczalstwo ma nową idee fixe, czyli dzienne rozliczenie czasu pracownika.

W skrócie wygladać to ma tak, że przychodzę do pracy i zastaję listę TODO, posortowaną od najpilniejszych do tych gdzie termin jest daaaaleko w przyszłości,

tematy, które mam załatwić dzisiaj są oznaczone na czerwono - jeśli nie uda mi się:
a) załatwić ich
b) wynegocjować z zainteresowanymi wydłużenia terminu,
c) wrzucić komuś zgniłka, niech się martwi,

to czeka mnie automatyczny mail do kadr z wnioskiem o odebranie 10% premii miesięcznej.

Pomijając, że system ten mamy uszyć z niczego (patrz poprzedni post, ten sam schemat), oraz, że jest to wielce ciekawe obejście największej wady metodyki GTD (którą jest brak dyscypliny), to wymyślamy już sposoby przypominania o kończącym się czasie na realizację zadania.

Instalujemy za każdym stanowisku dodatkowy głośniczek. O 7 rano z głośniczka wydobywa się przyjemna chilloutowa muzyczka rodem ze szwedzkiego pornosa (lounge party, skąpo ubrane kobiety, drinki, basen w tle). O 9 zaczyna w niej pobrzmiewać nutka niepokoju - np. melodia przechodzi płynnie w motyw z Rosemary's Baby. Około 11 zaczynają się pierwsze takty zagrzewającego do boju marszu z Gwiezdnych Wojen. Po 13, kiedy cały interfejs świeci już na czerwono przekroczonymi lub bliskimi przekroczenia terminami mamy w głośniczku walkę na śmierć i życie ze scen ataku rekina w Szczękach. O 14:35 włącza się już przenikliwy dźwięk z Psychozy (scena pod prysznicem, uderzenia noża), aby punkt 15 odezwał się dyrektor naczelny z tekstem "Jesteś zwolniony!".

I tak codziennie, do emerytury.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz