Obserwacja taka przytrafiła mi się już na początku mojej kariery informatycznej. Otóż siedząc w pokoju z 7 osobami, z których każda była informatykiem, gapiłem się jak i wszyscy inni w swój ekran. Każdy z nas miał internet, napój, z głośnika płynęła uspokajająca muzyczka. 8 etatów, które dedykowane były do obsługi 10 użytkowników końcowych - tak w złotych czasach wyglądała "informatyka" w dużej firmie.
No ale to se ne wrati, a i nie o etatyzację w tym poście chodzi.
Siedzimy sobie zatem, klikamy, popijamy co kto ma, podjadamy bułki z serem... sielanka.
Nagle wysiada zakładowy radiowęzeł. W pokoju zapada krępująca cisza... stukot klawiszy, klikot myszek, łupanie w krzyżu i mieszanie herbaty - nagle te dźwięki stają się denerwującym hałasem, każdy zatem stara się klikać, stukać i łupać jak najmniej.
Po 5 minutach - kolejny etap - wysiada internet. No tak, jeśli umieszczony w biurowcu 300m od nas radiowęzeł poległ z braku prądu, to pewnie UPSy podtrzymujące węzeł sieciowy też poszły fpizdu. Na szczęście siedzimy w budynku na terenie zakładu, z odrębnym zasilaniem.
Najmłodsi stażem pracownicy jeszcze głębiej zatapiają się w ekrany, tak aby wyglądać na zapracowanych po trzykroć. Kierownik zaraz wypełznie z pokoju i zapyta "Kto idzie sprawdzić czy w serwerowni wszystko gra?". Najlepiej w takiej chwili mieć minę jakby się nic nie słyszało i było w 1000% skupionym na rozwiązywaniu arcytrudnego problemu a zakłócenie toku myślowego mogło spowodować straty w wysokości 15% krajowego PKB.
Z braku interku każdy włącza swoją ulubioną rozrywkę offline - Sapera, czytanie ebooków, malowanie komiksów, czy oglądanie filmu. Cisza coraz bardziej doskwiera, zatem część osób odcina się od świata słuchawkami. Wszyscy przeczuwają najgorsze.
W końcu czarny scenariusz się sprawdza. Cały budynek zamiera z braku prądu. Posiadacze osobistych UPSów próbują jeszcze udawać, że wszystko jest w porządeczku, że to kilkuminutowa awaria. Niestety tlen szybko się kończy i komputery zamierają.
Awaria trwa 15 minut, z czego większość siedzimy wlepiając wzrok z ekrany, jakby z nadzieją, że krępująca sytuacja zaraz się skończy. Nie wiemy o czym tu gadać, a może brakuje nam odwagi, żeby zacząć jakiś "życiowy" temat. Podśmichujki z braku prądu słabo ratują sytuację.
Offtopic - gdy nieoczekiwany postój trafił mi się w fabryce gdzie pracowałem przy taśmie jako pukaczstukacz, wszyscy zeszliśmy się na środku hali i zaraz ryszyły dyskusje o dupach, samochocdach, meczach i polityce.
W końcu trwające w nieskończoność 15 minut mija i w żyłach naszych maszyn zaczyna płynąć prąd. Węzeł sieciowy również podniósł się z martwych, zatem wraca Internet. Wszyscy nagle dostają dobrego humoru, przez chwilę panuje pełne podniecenia rozbawienie, nagle rozwiązują się nam języki. Nie na długo - szybko kończymy dyskusję, żegnając się przed odpłynięciem w sobie tylko znany bezkres sieci.
Po 5 minutach dział wygląda jak dawniej. Milcząco, klikająco i łupiąco.
12 lipca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz