21 sierpnia 2009

informatyk na wakacjach

no i właśnie się srogo zawiodłem na tej całej idei mobilnego internetu,

no bo kuuurde, żeby w 21 wieku nie móc po jakichś sensownych kosztach zabrać ze sobą smartfona z netem za granicę i smerfować z plaży? co do cholery będę robił w tym nagrzanym do wyrzygania raju śródziemnomorskim, przecież nie:

  • opalał się - mam alergię na słońce,
  • podróżował - wszystko można zobaczyć na flickr albo Google Street View, bez męczenia nóg,
  • poznawał ludzi - a gg nie starczy?
  • poznawał alkohole - a to można z plaży, oczywiście przeglądając necik,
  • przebywał z rodziną - no tu mnie macie, ale żeby od razu jechać po to 1600km?!
  • odpoczywał od pracy - j.w.

nie cierpię wakacji (bez netu)! są tak mało produktywne :)

P.S. no chyba że w końcu uda mi się przeczytać te 5 pozaczynanych książek, wtedy będzie z tego wyjazdu jakiś zysk :)

do zobaczenia za 2,5 tygodnia...

kryzys wi@ry

czasem mam wrażenie że całe to "ajti" to ściema,

personel IT (dawniej "admini") dawno zgubił się w systemach, które obsługuje, serwisuje, wspiera, pisze procedury, monitoruje, debaguje, liczy kejpijaje, pilnuje dostępności, wdraża zmiany zgodnie z harmonogramami wydań, testów, serstów etc.,

audytorzy dawno przyzwyczaili się że "admini" nie łapią po grzyba jest ISO i wskaźniki nie są dotrzymywane,

użytkownicy dawno przyzwyczaili się do miernej lub żadnej jakości systemów IT i wsparcia bezpośredniego, nie wiedzą i nie chcą wiedzieć co to są wskaźniki i dlaczego tyle trzeba czekać na obsługę,

klienci płacą forsę nie wiedząc za co,

wdrożeniowcy dawno przyzwyczaili się, że firmy sprzedają kiepskie wdrożenia i nic z tym się nie da zrobić, bo przeciętny system, który wdrażają jest zbyt skomplikowany, aby nad tym zapanować,

firmy przyzwyczaiły się że wdrożenia kończą się fiaskiem i od początku ich celem jest podpisanie takiej umowy żeby nie ponieść kosztów tego fiaska,

Ogólnie moja teoria jest taka że globalne wdrożenie Informatyki do życia ludzkości zakończyło się gigantycznym fiaskiem i teraz już wszystcy położyli na to lachę - jest jak jest, panie, no co pan zrobisz, nic pan, panie, nie zrobisz...

samotność inform@tyka

tak mnie naszło na użalanie się nad sobą, więc dziś o samotności.

otoczeni ludźmi - rodziną, kolegami z pracy i wojska, użytkownikami, osobami z for i portali - informatycy są samotni.

  • rodzina ich nie rozumie, prawdopodobnie w 90% przypadków, kiedy opowiadają co zdarzyło się w pracy,
  • obsługiwani użytkownicy też za wiele nie rozumieją, ale dodatkowo się czepiają i udają że są mądrzejsi i wiedzą lepiej, tak dla zasady,
  • koledzy i znajomi chętnie pogadają o informatyce - jak im się zepsuje windows albo internet, poza tym unikają informatyków bo ani z takim chlać, ani gadać o meczu, no dramat,
  • koledzy z pracy coś tam niby rozumieją, ale woleliby ciągle gadać o swoich problemach i systemach jakimi administrują - w końcu ich też nikt nie chce słuchać i muszą komuś się wyżalić,
Kończy się tym, że zdesperowany informatyk zakłada bloga, takiego jak ten...

...o kurwa...

11 sierpnia 2009

wywrotowiec

Tak się składa, że pisuję do propagandowego korpoperiodyku rozrzucanego z korpośmigłowców po całym terenie naszej firmy. Leży toto potem w miejscach publicznych i nikt nie przyzna się że czyta, chociaż czytają, co zaraz udowodnię.

Nie pytajcie jak się na tę fuchę załapałem, niech was też nie dziwi, że zgodziłem się od razu. Lans to lans i jak się powiedziało A, trzeba dobić do Z.

Bywają miesiące, że jaśniepanujący szefu korpooddziału ma zamysł, aby uświadomić naszych użyszkodników, jaką to ważną misję spełnia departament IT w ich życiu. Wtedy pisanie jest mordęgą - włożenie planów podboju świata w 2800 znaków bywa upierdliwe.

Jednak zazwyczaj Pan i Władca czasu nie ma i mogę odbębnić lżejszy tekst typu poradnikowego.

W firmie przeglądarka najczęściej pokazuje "Dostęp zabroniony. Korposieciowe Oko cię namierza. Leż na ziemi i czekaj na przylot grupy interwencyjnej.". Nie muszę dodawać że komunikatory są tępione jak zaraza, Allegro i Nasza-Klasa obłożono klątwą siódmej kategorii a za posiadanie Skype odcina się język.

Postanowiłem spróbować małej sztuczki.

Napisałem więc kryptowywrotowy kawałek o tym, jak w sieci zabezpieczonej zasiekami, fajerłolami, gniazdami CKM i polem minowym skorzystać z zablokowanego GaduGadu, Tlena i Jabbera.

Co najlepsze, zbieram teraz co jakiś czas wyrazy cichego uznania za ten artykuł. Pracownicy przeróżnych filii i komórek zesłani do mrocznego siciolochu zobaczyli maleńki płomyk nadziei.

Czasem budzę się z krzykiem i nasłuchuję walenia w drzwi korporacyjnych siepaczy, którzy wywloką mnie na pole i poderżną gardło "jak psu", za ten artykuł. Częściej jednak uśmiecham się, widząc, że jeszcze nie zablokowali tej strony, przez którą działa komunikator. Może sami korzystają?

5 sierpnia 2009

rekordowa stawka za 3 minuty

Microsoft nie przestaje zaskakiwać. tym razem zaskoczył wujka i ciocię (opiekuję się ich pecetem), którzy spanikowani zadzwonili do mnie z prośbą o pomoc. "Banki nie działają, video na Onecie nie dział, nic nie działa!".

Kononowicz zawirusował komputer jak nic, pomyślałem w pierwszej chwili. W drodze na spokojnie przeanalizowałem kilka możliwych scenariuszy i ostatecznie postawiłem na automatyczną aktualizację przeglądarki.

Nie zawiodłem si?. IE8 - nowy lśniący i zabezpieczony w sposób godny przeglądarki prezesa Microsoftu. Cud że parsował CSSy i pokazywał jakikolwiek HTML, w końcu pewne kombinacje kolorystyczne też można uznać za atak na poczucie gustu i estetyki oglądającego.

3 minuty później (przestawiłem poziom zabezpieczeń z epicko-wysokiego na ledwie średni) wujostwo piało z zachwytu - a jaki to zdolny ten nasz trybik, jaki "każdychpieniędzywarty"... jak zwykle sypnęli grosiwem, żeby mi przy następnej okazji nie przyszło do głowy się wykręcać od pomocy.

Jadąc do domu pogratulowałem w myślach tym tabunom informatyków co to dorobią sobie do wakacji ratując setki, tysiące czy miliony podobnie nieobeznanych użytkowników.

Myślę, że to przemyślana taktyka małomiękkiej firmy - niech wszyscy wiedzą, że to jednak dobroczynna organizacja i innym też daje zarobić!

4 sierpnia 2009

kariera bez powodu

moja kariera w ajti-korporejszyn zaskakuje mnie coraz bardziej.

Zaczynając jako szergowy admin nie miałem złudzeń - kandydatów na stanowisko szefa było przede mną kilkoro. Wszyscy młodzi i bardziej doświadczeni. Policja na pewno by się zorientowała już po drugim nieszczęśliwym wypadku, że coś nie gra.

Kiedy w ciągu 2 lat sytuacja się diametralnie zmieniła i po serii bolesnych przesunięć kadrowych zostałem sam jeden pretendentem do tronu szefa poczułem, że może coś z tego być.

Rok później szef dostał telefon i po 3 dniach przeszedł szefować gdzie indziej, zostałem zupełnie sam i 3 lub 4 miesiące jakoś byłem sobie sterem i okrętem. Z tego okresu wyniosłem przekonanie, że tak naprawdę 1 człowiek może opędzić 300 użytkowników, o ile posiada odpowiednie zdolności negocjacyjne.

Dostałem do pomocy pracownika, który okazał się nadzwyczaj sumiennym człowiekiem (taki rodzaj co sam szuka sobie roboty jak akurat nie ma żadnej awarii). Zacząłem się rozleniwiać, w końcu ile można dziennie napisać pism do klienta lub szefa?

Nie minął roczek a już wezwano mnie do pracy w centrali firmy, przy czym (podobno) walczył o mnie mój przyszły kierownik jak lew.

A już po pół roku mój kierownik został zdjęty ze świecznika, a za jego biurkiem usiadłem ja sam, zaskoczony całą sytuacją jeszcze bardziej niż on.

Najśmieszniejsze jest w tym wszystkim jedno - nigdy przenigdy nie starałem się o żaden awans. Jestem chodzącym zaprzeczeniem faktu, że nie da się awansować bez podkładania świń, pleców, oszustw i całej tej otoczki.

Nie jestem jednak dowodem na to, że ciężka praca zostaje zauważona. Moja praca nie mogła być zauważona, bo nie była ani ciężka ani specjalnie wybitna. Tak naprawdę myślę, że chodziło o tak zwane gadane, które z każdym rokiem mam coraz lepsze, oraz o dewizę Cejrowskiego, że aby coś osiągnąć trzeba mieć 'tupet jak taran'.

Ot co.

jak wiele dróg...

Obserwując ludzi uwikłanych w różnorakie projekty (nie tylko ale głównie) informatyczne, mozna dojść do ciekawych wniosków.

Po pierwsze odsetek ludzi, którzy są zadowoleni ze stanu w jakim znajduje się projekt maleje w miarę terminu zakończenia.

Po drugie ludzie realizujący projekty bardzo często robią to wbrew sobie, wbrew doświadczeniu, intuicji, zdrowemu rozsądkowi. Zazwyczaj dzieje się tak gdy dostają na głowę jakiś wymyślony przez prezesa i jego podnóżki temat, z podpisaną umową na pięć baniek i terminem na wczoraj.

Nawet jeśli już projekt jest autorski i ma sensowne podstawy to znajdzie się szereg udupiaczy, którzy wytkną drobne błędy i doprowadzą do zablokowania, spowolnienia, lub gruntownej zmiany, która skutkuje uwaleniem całości.

Koniec końców mijam się na korytarzu z mentalnie zatrutymi, nerwowo wypatrującymi ciosu w plecy, rozdygotanymi osobami, które potrafią już tylko myśleć i mówić o tym dlaczego jest im źle z obecną sytuacją.

Ich życie osobiste sprowadza się do szukania ucieczki w rozrywkach, rodzinie, hobby, ale i tak wisi nad nimi cień poniedziałku, kiedy to kolejne zebranie zespołu, rady, czy komitetu, wykaże szereg ich błędów.

Najgorsze jest w tym to, że nawet jeśli jakiś projekt uda się przeprowadzić przez wszystkie te rafy, to jego uczestnicy automatycznie awansują na kandydatów do kolejnego. Wysysanie witalnych soków trwa więc dalej.

Ile projektów trzeba przejść aby dojrzeć i się tym nie przejmować?

Odpowiedź, mój przyjacielu,
niesie wiatr,
odpowiedź niesie wiatr.

tanie rozrywki dla poprawy humoru

Było o rozrywkach mało zabawnych, dziś kilka zasłyszanych i przeczytanych rozrywek biurowych dla informatyków

1.

a) mniej wyrafinowana wersja - robisz screen ze wszystkimi ikonkami, ukrywasz wszystkie ikony, wrzucasz tapetę.

b) trudniejsza do wykrycia wersja (opis na blogu realnego testera) - na komputerze prezesa ukrywasz wszystkie ikony z pulpitu, tworzysz folder SUPERTAJNE robisz screenshot'a, usuwasz folder, przywracasz ikonki, ustawiasz tapetę ze zrobionego screena, czekasz aż prezes wezwie informatyka (możesz zrobić to kilku osobom i zmierzyć czas),

2. ustawiasz wygaszacz ekranu z bluescreenem,

3. dopadasz kompa, którego użytkownik wyszedł na fajkę, śniadanie, do kibla i nie zablokował konsoli, szybko piszesz maila do prezesa "panie prezesie kocham pana skrycie".

4. stary DOSowy trick, piszesz program do generowania losowych znaczków i czyszczenia ekranu co 2-3 sekundy, podpinasz pod autoexec przed załadowaniem systemu (nawet nie wim czy to jeszcze możliwe), blokujesz wyjścia z takiego programu (o ile się da).



jakieś inne pomysły?

rozrywki admina

Jest czas pracy, czas rozrywki, czas robienia fuch i pisania blogów. Ale jest też czas kiedy admina dopada ciemna strona jego osobowości i szuka sobie rozrywek mniej lub bardziej niepoprawnych politycznie.

Zazwyczaj ma to miejsce gdy zostaje sam jak palec, bo zredukowano stanowiska, wszyscy pojechali na wakacje albo trafił mu się własny pokój z monitorem odwróconym od drzwi. Jeśli samotność przedłuża się może nastąpić syndrom złego admina, który uwypukla najgorsze cechy charakteru ludzkiego.

Bo trzeba wam wiedzieć - admin to zwykły człowiek, mający swoje wady i ułomności. A władza jaką daje wgląd na serwery i komputery użytkowników (bez ich wiedzy) jest jak tolkienowski pierścień - ciąży i kusi zarazem, a oprzeć się jej mogą nieliczni.

Co zatem naznaczony piętnem władzy admin może?

1. Skasować wam zdalnie pliki systemowe, potrzebne do uruchomienia komputera. Po co?

by podnieść średnią zgłoszeń w miesiącu jakie rozwiązuje.
by wkurwić nielubianego użyszkodnika
by poderwać lub chociaż popatrzeć na firmową seksbombę

gwoli wyjaśnienia: jesteś ładna i seksowna a twój komputer często się nie uruchamia? Zastanów się czy admin na ciebie nie leci.

Admini to zwykle nieśmiałe i przerażone wszelkimi kontaktami z ludźmi istoty, więc łatwo poznać kiedy się stresują spotkaniem z piękną kobietą - otóż ZAWSZE. Dlatego łatwo poznać.

2. Podejrzeć wasze prywatne pliki.

Szczególnie interesujące są te zdjęcia z wakacji, które przypadkiem znalazły się na Twoim dysku. Szczególnie jeśli jesteś na nich w skąpym ubraniu, seksownej bieliźnie lub bez.

3. Podejrzeć wasze rozmowy na gadu-gadu

Jeśli lubisz flirtować z nieznajomymi może nawet zdarzyć się że admin założy sobie fikcyjny mail i konto GG aby cie poderwać. Wirtualny seks czy tylko flirt jest dla admina zbawieniem w chwilach samotności i zwątpienia w sens wykonywanej pracy. Nimfomanki korzystające z sieci są dla niego świętym Graalem.

4. Przejrzeć waszą pocztę

Szczególnie czytanie korespondencji między przyjaciółkami piszącymi o 'tym nowym ciachu z działu inwestycji' albo o 'tej zdzirze ze szkoleń' może być pouczające. Admin bowiem niewiele wie o międzyludzkich stosunkach i chętnie się uczy tego lub owego.

Zdaję sobie sprawę, że powyższe punkty nie wyczerpują tematu a także iż nie są to działania ani legalne ani etyczne. Dlatego mały disclaimer:

a) tak tylko słyszałem,
b) niech to będzie przestrogą dla użytkowników...
c) ...oraz działów zajmujących się bezpieczeństwem w firmie - może admin niekoniecznie musi mieć prawa do wglądu we wszystko?

ulubieni użytkownicy

z czasów jak z niebios zstępowałem pomiędzy użytkowników w przebraniu szeregowego admina zapamiętałem kilka zasad.

lubimy użytkowników którzy:

proponują coś do picia, nawet nich to będzie kawa a nie piwo - ale niech będzie,
dają adminowi tyle czasu ile potrzebuje,
jak gadka się nie klei idą sobie na kawę gdzieś obok, nie stresując swoją obecnością,
rozumieją, że admin nie ma w mózgu zaindeksowanej bazy wiedzy microsoft,
ubierają się w kuse spódniczki i wydekoltowane bluzki (o ile są to kobiety!)

nie lubimy użytkowników którzy:

dzwonią 10 minut po zgłoszeniu do Helpdesku i pytają "co z moim zgłoszeniem?",
stoją/siadają za plecami pracującego nad problemem admina i gapią się w ekran...,
... co 1-2 minuty pytając "i jak tam, będzie coś z tego?"...,
... paląc przy tym papierocha,
2 dni po usunięciu wirusa i odinstalowaniu toolbarów porntube zgłaszają że 'znowu im się popsuło wszystko',
udają niewiniątka 'ja nic nie robiłem',
lubią gnębić admina tekstami 'moja babcia by sobie z tym poradziła',
nie akceptują rozwiązań zastępczych 'nie, nie będę chodziła po wydruki biurko obok, proszę mi podstawić taką samą drukarkę albo dać nową',

takie luźne przemyślenia :).

Czczij kierownika swego i matkę jego

Ponieważ kierowników/szefów/zwierzchników się nie wybiera, warto czasem przyjrzeć się im z ludzkiej strony.

Bo przecież oni mają ludzkie strony.

Kiedy dowiedziałem się, że idę do działu którego kierownikiem jest taki a taki człowiek, zacząłem lepić laleczkę voodoo i zastanawiać się jak tu podpieprzyć jego materiał genetyczny, np. włos z nosa, ślinę czy mocz.

Po miesiącu zastanawiałem się - lepszym wyjściem jest skok z 10 piętra czy może nagła zmiana pasa w drodze do pracy.

Po 3 miesiącach zacząłem podziwiać swojego szefa. Okazało się, że jego system 'biorę na siebie wszystkie możliwe zadania' ma sens. Odkąd przejął władzę nasz dział sukcesywnie podgryza inne komórki naszej firmy i zyskuje w ten sposób na prestiżu.

Nieco gorzej wychodzimy na tym my, jego pracownicy. Bo jego drugi system nosi nazwę kodową '10 lat pracowałem na stanowisko i nie zamierzam teraz kiwnąć palcem'.

W sumie go rozumiem. Jest jeszcze w wieku gdy:
  • nikt nie patrzy na niego jak na łatwą zwierzynę do odstrzału,
  • potrafi w miarę sprawnie i błyskotliwie odparować każdy zarzut dyrekcji czy konkurentów,
  • chce mu się bawić w gierki personalne i podkopywanie ewentualnych następców,
  • ma szansę na wyższy stołek, więc swoje siły kierunkuje w stronę wbijania szpilek w swojego szefa,
Ja chyba robiłbym to samo. W końcu za 5-10 lat to on będzie na celowniku:

  • po czterdziestce,
  • polot nie ten i riposty już nie tak cięte,
  • strach o przyszłość dzieci/wnuków jak mu się noga podwinie,
  • pracy za tę kasę w tym wieku nie znajdzie,

Zatem musi też oszczędzać siły na przyszłość, jak będzie trzeba dawać odpór pretendentom do tronu, młodszym, szybszym, bardziej krwiożerczym, rekinom bez sentymentów i ludzkich odruchów (takie przecież rosną pokolenia).

Tak więc lepszy taki szef, niż pewna kierowniczka działu 'obok' kierująca się zasadą 'niczego nie dotykam a to co już mam ukrywam, a jak ktoś zapyta to nic nie wiem, a jak mi udowodni że jestem odpowiedzialna zgrywam zaskoczoną i zwalam na resztę firmy'.

Jej pracownicy od roku udają że coś robią, chodzą zestresowani, że wyda się iż nic nie robią, do kierowniczki boją się podejść bo znowu wymyśli napisanie procedury czy instrukcji do czegoś co nie istnieje.

Pracownicy mojego działu chodzą pewni że kolejny dzień będzie przechlapane, orka, za dużo tematów, za mało czasu. Przynajmniej mają jasność, że opierdalając się (np. pisząc takie blogi jak ten) mogą w każdej chwili z paska narzędzi windows 'podnieść' 10 okienek z aktualnie rozpoczętą pracą, monitorowanymi systemami, zaczętymi raportami i skryptami.

I nie są to żadne fałszywki!

Czego i Wam życzę.

kibel + komórka

zdradzę wam coś co pewnie każdy z szanujących się uczniów Dilberta od dawna robi, ale boi się przyznać.

Gram na komórce w kiblu.

Zaczęło się niewinnie. Byłem pierwszy rok w pracy a brat pożyczył mi gameboy'a. Stres związany z nowym (pierwszym) zawodowym środowiskiem sprawił, że średnio 2 godziny dziennie spędzałem niby-to-u-klienta a tak naprawdę siedząc w wychodku. Gameboy umilał mi czas i odstresowywał.

Kolejne lata przyniosły ewolucję - pierwsza komóra i tetris, potem jakieś megagłupie japońskie RPG, następne telefony z lepszymi procesorami i wyścigi samochodowe, tenis aż wreszcie dotarłem do punktu w którym komórka ma akcelerator 3d, grafikę porównywalną z początkami PC i kart SVGA, oraz gry na poziomie eye of the beholder (orcs and elves 2) czy another world (cyberpunk).

Mówię wam, przeżywam druga młodość jako gracz - dzięki mojemu soniakowi mogę poczuć ten dreszczyk z małego i dużego atari albo nawet Windowsa 95 i gier w tysiącu kolorach.

Pecetowe gry mnie nie kręcą, na konsolę żona nie pozwala, pozostaje komórka. W kiblu. Świetnie pożera minuty dzielące mnie od 7 do 15.

Dziękujemy ci ......... (wpisz nazwę producenta swojej słuchawki).

profesjonalni współpracownicy

kiedy użyszkodnik nie kuma co to jest zamapowany dysk, serwer plikowy, napęd dvd czy uprawnienie do katalogu - tragedii nie ma.

kiedy twój kolega/koleżanka z pokoju, informatyk (z nazwy stanowiska), po raz piąty pyta ze szczegółami jak krok po kroku wykonać prostą czynność w rodzaju wydania 2 komend w cmd.exe, choć wysłałeś mu/jej maila ze screenshotami - pora poszukać innej pracy/pokoju/kolegów.

szczególnie w dużych firmach, gdzie do działu informatyki migrują panowie magazynierzy, panie z działu socjalnego, czy inni znajomi dyrektora pracowanie w dziale IT bywa frustrujące. Raz że zawsze zalegasz z robotą, bo nie ma jej między kogo podzielić, dwa że nikt cię nie rozumie, trzy że jak przychodzi coś nowego do zrobienia to... zgadłeś - wybrańcem zostajesz, jako najbardziej doświadczony i zasłużony pracownik - Ty.

Nie jest jednak tak źle - premia zawsze zostanie podzielona sprawiedliwie, po równo każdemu, a równiejszym jeszcze równiej!

blaza

blaza dopadła mnie około 6 roku pracy, kiedy sam na sam niemalże zostałem z moimi kochanieńkimi 300 użytkownikami.

Nade mną szef, który z pokoiku wynurzał się tylko zrobić sobie kawę, albo jak z centrali dostał joby że za mało pracujemy, pode mną tłum użyszkodników w miarę spacyfikowanych a przede mną internet i długie godziny do fajrantu.

Sytuacja trwała ze 2 lata z przeróżnymi zmianami, między innymi taką, że ja zostałem zwierzchnikiem swojego następcy i zrozumiałem jak można przesiedzieć cały tydzień czytając blogi o dupie maryni nie wynurzając się z pokoju.

Do dziś czkawką odbija mi się ten okres - brak chęci i motywacji do pracy, uzależnienie od sieci, nawyk płynnego przechodzenia od ważnego raportu dla szefa w stronę czytnika rss lub komunikatora lub zaczętego notka na blog lub fajnej flashowej gierki lub kawałka napoczętego kodu w php... łapiecie, sky is the limit.

Blaza to rzecz straszna. Dajcie więc spokój swojemu adminowi. On naprawdę stara się wam pomóc, ale po przekroczeniu pewnego progu zaczyna rozumieć że jakby się nie starał i tak 'wódki nie przepijesz, roboty nie przerobisz'.

komu system komu?

Na początek małe rozróżnienie - System informatyczny od informacyjnego różni się mniej więcej tym samym co od pulpit (taki w windowsie) od biurka (takiego drewnianego).

Na jednym i drugim możesz mieć porozrzucane dokumenty, szufladki, katalogi, foldery, skoroszyty, krócej mówiąc dane.

Kolejność jest zazwyczaj taka że do firmy korzystającej z jakiegoś zdrowego rozwiązania (zeszyty, segregatory, szafy na akta) przyłazi dziad, który ma do zaoferowania świetny system informatyczny, który rozwiąże wszystkie problemy.

W szczególności chodzi o problemy szefostwa - które czuje się oszukiwane przez za wolno pracujących podwładnych, niedoinformowane, niedoraportowane i niedoj$#ne po prostu...

System informatyczny jest przecież lepszy bo:

* kosztuje grube pieniądze, więc można w końcu wydać kasę z budżetu, a nie jak co roku zostać na koniec z milionem do wydania na meble i ekspresy do kawy, które już nie mieszczą się w szafach,
* można wydawać nowe wersje co rok, albo co nowelizację ustawy,
* można kosić kasę za support per licencja, użytkownik, serwer, aplikacja, wyczka,
* w naszej organizacji pojawiają sie konsultanci, wdrożeniowcy, operatorzy helpdesku, umowy serwisowe - jakie to tworzy pole do pożycia towarzyskiego!
* admin takiego systemu momentalnie awansuje do roli półboga, bez tego nikt by nie wiedział co on właściwie co robi (poza przypadkami kiedy pada internet i nasza-klasa)

Po paru nasiadówkach w drogich restauracjach, kilku pokazach demo, uświadomieniu że cała konkurencja już tego używa, udostępnieniu wykresów gdzie krzywa produktywności strzela w niebo jak prom challenger (pun intended), zarząd nie ma już wątpliwości.

Zaczyna się wdrożenie, projekt i całe to tałatajstwo. Kończą się szczęśliwe dni pań w księgowości, nad kadrami wisi czarna chmura a dział socjalny właściwie wkrótce nie będzie potrzebny.

System nadchodzi.

Ten pierwszy raz

kiedy pierwszy raz zobaczyłem komputer or razu wiedziałem, że to jest to - przyszłość, rozwój, kariera, pieniądze, laski, wywiady, kontrakty... miałem kilka lat (od daty premiery bajtka odejmijcie 1978) i oczy moje pożerały spectrumnę wuja.

Dziś, jako duże dziecko po 30-tce, komputerowiec, uzależniony od RSSów i maila, 10 lat pracujący w tej samej korporacji facet, mąż, ojciec, krótko mówiąc dziadek dla BloGgEróf i szczyl dla tych co zaczynali od taśm perforowanych, zaczynam blogować o tym, że komputery wcale nie są takie fajne.

Pół życia zmarnowałem na to aby zrozumieć że i tak nie zrozumiem wszystkiego, nie nadążę za setkami tysięcy developerów i marketingowców, nie zagram we wszystkie gry nie pozanm tajników kolejnych wersji setek serwerów, pakietów, instalek i technologii.

A przyszłość nie zapowiada się różowo.

Jak już wlazłeś w to bagno, nie ma siły żeby się wydobyć. To zbyt fascynujące obserwować jak kolejne pokolenia przyjmują technologie, które 15 lat temu byłyby rewolucją, za zwyczajnie obciachowe starocie.

Tym skromnym początkiem zapraszam do czytania wszystkich, którzy też podobnie czują, lub mają za dużo czasu, choć w naszym wieku to chyba niemożliwe.