cykl życia korporacyjnych systemów przypomina mi trochę eksperymenty szalonych naukowców w stylu doktora frankensteina.
Najpierw pojawia się głupi pomysł w stylu "potrzebujemy softu, który sprawi, że nie będziemy musieli tyle pracować". Głupi bo dopiero przy tym sofcie się upierdzielicie, naiwniacy!
Potem jest rok przekonywania dyrektora finansowego że bańka to nie jest dużo jak na taki super soft. Analizy, ROI, TOC, wytaczamy wszystkie możliwe argumenty i w końcu dostajemy budżet.
Projekt rusza pełną parą, przybywa firma, zatyka flagę, zakłada pierwszą bazę i kolejny rok piszecie koncepcję, analizę, projekt techniczny, mierzalne wskaźniki, procedury.
Potem jest etap wdrożenia - jakiś rok zanim wszystko się poukłada na tyle, że nie będziecie chyłkiem przemykać się w cieniu z obawty przed gniewem wszystkich użytkowników i kierownictwa firmy.
Uff, mamy wdrożony system. 3 lata pracy odcisnęło piętno - nie wiecie już dokładnie jaki był pierwotnie pomysł na jego wykorzystanie, bo to zmieniło się o 720 stopni i to kilkukrotnie. Za to wydana bańka okazuje się dopiero początkiem drenowania firmy - trzeba przecież opłacić maintenens, nagle okazuje się że trzeba dokupić licencje CAL na 4500 użytkowników do waszego SQLa, wystawić zlecenie na pół roku konsultacji i opieki technicznej.
Potem jeszcze idziemy do szefa/dyrektora po premię za wdrożony projekt a on zadaje podchwytliwe pytanie typu "A czy ten system potrafi czytać tablice arp ze słiczy firmy mejdinpakistan?" a ty baraniejesz i okazuje się, że oczywiście trzeba kupić za kolejną bańkę produkt który jako jedyny się integruje z tym który wdrożyłeś. Twoja premia oczywiście przepada.
Następnie system powoli się stabilizuje, kurz opada i jeśli masz szczęście to działa do usranej śmierci. Ale ty przecież nie masz szczęścia i nagle zaczynają się podchody kolejnych firm typu "A my tu mamy taki sofcik co potrafi dodać w waszym systemie taki fikuśny guzik co robi boing!".
Zostajesz jako admin systemu wciągnięty w kolejne i kolejne integracje, które twój podopieczny znosi coraz gorzej a ty sam zaczynasz się gubić w tym wszystkim.
W końcu nikt już nie panuje nad ilością błędów pojawiających się w integracjach czy funkcjach dodatkowych i przestajecie na nie reagować, kwitując wszystko zdaniem TTTM (Ten Typ Tak Ma).
Dyrekcja co jakiś czas uwala ci premię jeśli z powodu TTTM coś się bardziej popsuje. Przyzwyczajasz się i do tego.
Stwór zlepiony z kawałków obumiera i zaczynacie myśleć o nowym systemie, który przecież sprawi że w końcu nie będziesz musiał tyle pracować!
Akurat :P
22 grudnia 2009
17 grudnia 2009
handel żywym towarem
Opowiedział mi tę historię pewien pracownik mega-mega-aletonaprawdęmega korporacji. Jednej z najmegakorporacji świata.
W skrócie było to tak, że siedział sobie na lotnisku trzymając w ręku bilety do Egiptu, gdzie miał przez tydzień uczestniczyć w jakimś projekcie. Jednak w ostatniej chwili szef odwołał go z lotniska:
- Witek, słuchaj sprawa jest. Lecisz do Barcelony asap. Pomożesz naszemu akauntowi wcisnąć klientom nasz nowy produkt. Wciśnij wszystkim kit że zachorowałeś. Do boju!
Wytłumaczę jak do tego doszło.
Witek pracuje w dziale A. Jego szef to Maciek. Witek jest jego asem w rękawie, najcenniejszym pracownikiem i często wyciągają go do pomocy inne działy. Na szczęście Maciek i Witek pracują w zdrowo-biznesowo-usługowo zorientowanej firmie i Maciek najzwyczajniej w świecie sprzedaje pracę Witka, na godziny.
Ola kupiła tydzień pracy Witka w Egipcie już miesiąc temu. Po prostu sprawdziła na liście usług wewnętrznych że godzina pracy Witka kosztuje x i ze skromnego budżetu wysupłała środki na wypożyczenie doświadczonego pracownika.
Nagle do akcji wkracza Stefan. Ma pilny projekt, duże środki, potrzebuje pomocy. Dogaduje się z Maćkiem (przypomnę, to szef Witka) że zapłaci za godzinę Witka trzykrotność standardowej stawki plus premia za efekty.
Witek leci do Barcelony, Ola pada ofiarą podkupienia siły roboczej i jej projekt upada a ona wychodzi na durnia. Maciek jest zadowolony bo zarobił kasę dla swojego działu.
Jak widać bycie kierownikiem w zdrowo zorientowanej na zysk firmie przypomina prowadzenie działalności gospodarczej. Inwestycja Stefana zwraca się z nawiązką a 'elastyczność' Maćka popłaca.
Dodam, że pracując w firemce, która gapi się na takie megadurne kolosy widzę dwa bieguny:
- wyższa kadra kierownicza która dąży do tego, żeby praca była rozliczana co do minuty, koszty były znane do rolki papieru w kiblu a kierownicy zabijali się o ich obniżenie,
- kadra wykonawcza, która chce mieć święty spokój i robić swoją robotę, nie rejestrując każdej operacji na specjalnej liście 'wykonane obowiązki służbowe: czas, miejsce, koszt, ilość zużytych kalorii, projekt,...'
a pomiędzy wódką a zakąską są średni kierownicy na z góry straconej pozycji bo za Chiny Ludowe:
- nie wytłumaczą swoim szefom że ich pomysły są porąbane,
- nie wytłumaczą pracownikom, że pomysły szefów są genialne, więc tak a nie inaczej należy pracować i się rozliczać,
No to ponarzekałem sobie, wracam wyjaśniać swoim pracownikom, dlaczego mają ustawiać w systemie status "przerwa w pracy" i wpisywać przyczynę, np. "Siku". Jutro zaś będę szefowi referował ile średnio kliknięć na minutę wykonuje mój statystyczny pracownik i na jaki empek ma pójść koszt amortyzacji jego myszki.
Polecam się.
W skrócie było to tak, że siedział sobie na lotnisku trzymając w ręku bilety do Egiptu, gdzie miał przez tydzień uczestniczyć w jakimś projekcie. Jednak w ostatniej chwili szef odwołał go z lotniska:
- Witek, słuchaj sprawa jest. Lecisz do Barcelony asap. Pomożesz naszemu akauntowi wcisnąć klientom nasz nowy produkt. Wciśnij wszystkim kit że zachorowałeś. Do boju!
Wytłumaczę jak do tego doszło.
Witek pracuje w dziale A. Jego szef to Maciek. Witek jest jego asem w rękawie, najcenniejszym pracownikiem i często wyciągają go do pomocy inne działy. Na szczęście Maciek i Witek pracują w zdrowo-biznesowo-usługowo zorientowanej firmie i Maciek najzwyczajniej w świecie sprzedaje pracę Witka, na godziny.
Ola kupiła tydzień pracy Witka w Egipcie już miesiąc temu. Po prostu sprawdziła na liście usług wewnętrznych że godzina pracy Witka kosztuje x i ze skromnego budżetu wysupłała środki na wypożyczenie doświadczonego pracownika.
Nagle do akcji wkracza Stefan. Ma pilny projekt, duże środki, potrzebuje pomocy. Dogaduje się z Maćkiem (przypomnę, to szef Witka) że zapłaci za godzinę Witka trzykrotność standardowej stawki plus premia za efekty.
Witek leci do Barcelony, Ola pada ofiarą podkupienia siły roboczej i jej projekt upada a ona wychodzi na durnia. Maciek jest zadowolony bo zarobił kasę dla swojego działu.
Jak widać bycie kierownikiem w zdrowo zorientowanej na zysk firmie przypomina prowadzenie działalności gospodarczej. Inwestycja Stefana zwraca się z nawiązką a 'elastyczność' Maćka popłaca.
Dodam, że pracując w firemce, która gapi się na takie megadurne kolosy widzę dwa bieguny:
- wyższa kadra kierownicza która dąży do tego, żeby praca była rozliczana co do minuty, koszty były znane do rolki papieru w kiblu a kierownicy zabijali się o ich obniżenie,
- kadra wykonawcza, która chce mieć święty spokój i robić swoją robotę, nie rejestrując każdej operacji na specjalnej liście 'wykonane obowiązki służbowe: czas, miejsce, koszt, ilość zużytych kalorii, projekt,...'
a pomiędzy wódką a zakąską są średni kierownicy na z góry straconej pozycji bo za Chiny Ludowe:
- nie wytłumaczą swoim szefom że ich pomysły są porąbane,
- nie wytłumaczą pracownikom, że pomysły szefów są genialne, więc tak a nie inaczej należy pracować i się rozliczać,
No to ponarzekałem sobie, wracam wyjaśniać swoim pracownikom, dlaczego mają ustawiać w systemie status "przerwa w pracy" i wpisywać przyczynę, np. "Siku". Jutro zaś będę szefowi referował ile średnio kliknięć na minutę wykonuje mój statystyczny pracownik i na jaki empek ma pójść koszt amortyzacji jego myszki.
Polecam się.
7 grudnia 2009
Osaczeni, zagonieni, przyparci do muru, wypaleni
Tacy są pracownicy firm z branży IT kiedy przekroczą pewien niełatwy do zauważenia i wyczucia próg. Nagle okazuje się, że ich umiejętności, szybkość nauki, czas reakcji na nowe trendy, ciętość riposty i bystrość umysłu - wszystko to nie wystarcza aby nadążyć za młodszymi pracownikami i nowymi technologiami.
Weźmy typowy przypadek. Jesteś młodym gniewnym zajebiście bystrym informatykiem po studiach. Wykazujesz się raz, drugi, trzeci, albo po prostu masz niezłe gadane i przebijasz się na szczyt listy transferowej najbardziej pożądanych pracowników.
Dygresja: taka lista transferowa jest w każdej firmie, powstaje w głowach kierowników w miarę jak ich pracownicy zawalają kolejne terminy i wyjkazują się brakiem kompetencji po raz setny. Kierownik myśli sobie wtedy 'gdybym miał tego nowego z działu serwerów, pokazałbym tym zawistnym skurwysynom co wytykają mój dział palcami...'. W momencie zmian w strukturze organizacyjnej firmy (nowa (d)erekcja, nowy prezes, nowe projekty, zwolnienia) następuje proces burzy kadrowej, podczas której co sprytniejsi kierownicy mogą pozbyć się niechcianych a wyhaczyć pożądanych ludzi. Ale to temat na osobny wpis.
Wracając do przypadku. Ktoś bierze cię do zespołu robiącego coś kreatywnego (przynajmniej tak ci się zdaje). Ładujesz się w kolejne projekty tworzysz/burzysz/naprawiasz kolejne systemy, ratujesz raz po raz świat.
W końcu trafiasz na stanowisko managerskie. Zarządzasz zespołem, zlecasz zadania, zasiadasz w komisjach, spisujesz notatki, ustalenia, procedury.
Aż pewnego dnia, rok, dwa, pięć, po tym jak ostatni raz własnoręcznie zainstalowałeś windowsa albo kompilowałeś jądro linuxa, nadchodzi Nowy Ład i zostajesz strącony ze stołka.
Nieważne jakie są przyczyny. Może nie doczytałeś umowy i naraziłeś firmę na straty. A może krzywo spojrzałeś na prezesa. A może nowy dyrektor ma awersję do ludzi w zielonych krawatach.
Jak masz szczęście, to łaskawie pozwolą ci zająć się tym co robiłeś 10 lat temu.
Niestety okazuje się, że dawni koledzy porobili kariery albo stoją w kolejce pod pośredniakiem a nowi, młodzi, gniewni, etc. patrzą na ciebie jak na dinozaura, który cenne powietrze wzbogaca ceodwa. Gubisz się w nowym kommandlajnie, nie potrafisz ogarnąć otchłani nowego enterprajsowego systemu zarządzania zasobami, nie rozumiesz nowej linii partii^H^Hkierownictwa firmy.
Przez młodszych kolegów zaczynasz być postrzegany przez pryzmat pomyłek, wpadek, spóźnień. Widzą twoje wystraszone oczy, zmęczoną postawę, przyspieszony oddech w kontakcie z kierownikiem, bezwarunkowy odruch kulenia się kiedy nagle otworzą się drzwi do biura.
Docelowo zostajesz kłębkiem nerwów i popadasz w jeden z wielu nałogów jakie oferuje nowoczesny świat.
Resztę dopisz sobie sam, kolego/koleżanko. Nie myśl sobie jednak że piszę to z szyderstwem. To raczej empatia oraz przeczucie, że sam tak skończę, jak wielu przede mną i wielu po mnie. Już niedługo dołączę do Waszego grona. Pierwsze oznaki zdziadzienia już mam.
Weźmy typowy przypadek. Jesteś młodym gniewnym zajebiście bystrym informatykiem po studiach. Wykazujesz się raz, drugi, trzeci, albo po prostu masz niezłe gadane i przebijasz się na szczyt listy transferowej najbardziej pożądanych pracowników.
Dygresja: taka lista transferowa jest w każdej firmie, powstaje w głowach kierowników w miarę jak ich pracownicy zawalają kolejne terminy i wyjkazują się brakiem kompetencji po raz setny. Kierownik myśli sobie wtedy 'gdybym miał tego nowego z działu serwerów, pokazałbym tym zawistnym skurwysynom co wytykają mój dział palcami...'. W momencie zmian w strukturze organizacyjnej firmy (nowa (d)erekcja, nowy prezes, nowe projekty, zwolnienia) następuje proces burzy kadrowej, podczas której co sprytniejsi kierownicy mogą pozbyć się niechcianych a wyhaczyć pożądanych ludzi. Ale to temat na osobny wpis.
Wracając do przypadku. Ktoś bierze cię do zespołu robiącego coś kreatywnego (przynajmniej tak ci się zdaje). Ładujesz się w kolejne projekty tworzysz/burzysz/naprawiasz kolejne systemy, ratujesz raz po raz świat.
W końcu trafiasz na stanowisko managerskie. Zarządzasz zespołem, zlecasz zadania, zasiadasz w komisjach, spisujesz notatki, ustalenia, procedury.
Aż pewnego dnia, rok, dwa, pięć, po tym jak ostatni raz własnoręcznie zainstalowałeś windowsa albo kompilowałeś jądro linuxa, nadchodzi Nowy Ład i zostajesz strącony ze stołka.
Nieważne jakie są przyczyny. Może nie doczytałeś umowy i naraziłeś firmę na straty. A może krzywo spojrzałeś na prezesa. A może nowy dyrektor ma awersję do ludzi w zielonych krawatach.
Jak masz szczęście, to łaskawie pozwolą ci zająć się tym co robiłeś 10 lat temu.
Niestety okazuje się, że dawni koledzy porobili kariery albo stoją w kolejce pod pośredniakiem a nowi, młodzi, gniewni, etc. patrzą na ciebie jak na dinozaura, który cenne powietrze wzbogaca ceodwa. Gubisz się w nowym kommandlajnie, nie potrafisz ogarnąć otchłani nowego enterprajsowego systemu zarządzania zasobami, nie rozumiesz nowej linii partii^H^Hkierownictwa firmy.
Przez młodszych kolegów zaczynasz być postrzegany przez pryzmat pomyłek, wpadek, spóźnień. Widzą twoje wystraszone oczy, zmęczoną postawę, przyspieszony oddech w kontakcie z kierownikiem, bezwarunkowy odruch kulenia się kiedy nagle otworzą się drzwi do biura.
Docelowo zostajesz kłębkiem nerwów i popadasz w jeden z wielu nałogów jakie oferuje nowoczesny świat.
Resztę dopisz sobie sam, kolego/koleżanko. Nie myśl sobie jednak że piszę to z szyderstwem. To raczej empatia oraz przeczucie, że sam tak skończę, jak wielu przede mną i wielu po mnie. Już niedługo dołączę do Waszego grona. Pierwsze oznaki zdziadzienia już mam.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)